środa, 25 listopada 2009

Souls of Mischief prezentują nowy album


Na undergroundhiphop.com można już przesłuchać prawie cały album Souls of Mischief "Montezuma's revenge". Zapraszam! Warto! Szczególnie utwory "Poets", "Postal" i "Hiero HQ".

niedziela, 22 listopada 2009

Historia pewnego sampla IV

Idę za ciosem. Ostatnio było Weather Report – Zawinul, Shorter i inne poważne, nobliwe nazwiska. Teraz sięgniemy na niższą półkę. Na poziom muzyki didżejów w supermarketach. Oto wezmę dziś pod lupę loopy zrobione z sampli pobranych z hitu „Love hangover” Diany Ross z albumu pt. „Diana Ross” wydanego nakładem Motown w1976 roku. Jest to tylko jeden wielu przebojów tej wokalistki, które okupowały pierwsze miejsce listy Billboardu. Innym był na przykład „Street life”, tak ukochany przez marketowych umilaczy zakupów (z resztą nie tylko przez nich; Keith Murray na swoim trzecim albumie, „It’s a beautiful thing”, miał utwór oparty na motywie przewodnim tej piosenki; nazywał się „Life on the street” i była to chyba najbardziej dynamiczna produkcja, która wyszła spod serdelkowatych palców Erica Sermona). Wracając do sedna sprawy, break tak ukochany przez rapowych producentów znajduje się na początku „Love hangover” i jest tak chwytliwy, że nie sposób być wobec niego obojętnym. Aż się prosi by go zapętlić. I cóż tu się będę rozpisywał? Kolejny komercyjny hit wytwórni Motown w jej złotych czasach. Na sukces pani Ross pracowało wielu ludzi, w tym Hal Davis, producent płyty, odpowiedzialny za rozkwit karier, między innymi, „The Jackson 5”, „The Supremes” i Marvina Gaye’a. I to by było na tyle o Dianie Ross, ponieważ niespecjalnie ją lubię. Ale wolę taki pop niż Rihannę i całe to współczesne tałatajstwo, co pokazuje na teledysku „łoniaki” myśląc, że tak nadrobi brak talentu.

Motyw z „Love hangover” pojawił się na płycie „We can’t be stopped” Geto Boys. Konkretnie w utworze „The other level”, w którym Bushwick Bill chwali się swymi seksualnymi przygodami. On również jest autorem bitu.

Kolejnym bitmejkerem, który wykorzystał sampel z piosenki Diany Ross jest Boom Bass (członek francuskiego duetu producenckiego Cassius, parającego się na co dzień house’em). Kawałek „Paradisiaque”, który współtworzył, znajduje się na płycie MC Solaara pod tym samym tytułem. Z resztą był to singiel promujący ten album (mam oryginał na kasecie - Hehe!).

Ostatnim z omawianych dziś producentów jest sam O$ka, odpowiadający za muzykę w zapomnianym już dziś warszawskim duecie OMP (Olimpu Muzyczna Plejada). Próbkę z „Love hangover” użył w kawałku pt.„Oempe” na ich debiutanckiej płycie „Wilanów…zobacz różnicę”. Przyznacie, że jakość techniczna tego bitu pozostawia wiele do życzenia, a flow Janonowakka dopiero zaczyna się rozwijać (niech użyję tego eufemizmu). Niemniej jednak był to jeden z ciekawszych zespołów na polskiej scenie rapowej pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Szkoda, że już nie istnieją. Ciekawe, jak by się rozwinęli? Zapowiadali się nieźle. Pierwszy raz usłyszałem ich na legendarnej składance DJ 600 Volta „Hip hop - produkcja” z 1998 roku. Utwór „Ogród zwany Eden” zna każdy starszy fan rapu znad Wisły. O$ka miał na koncie wiele udanych produkcji. Moim faworytem była składanka „Kompilacja 2”. Słuchałem jej zawzięcie – „Trzeba wiedzieć” z Ashem, „Złota rybka” z Łoną czy „Mam problem” z Grammatikiem – i byłem zachwycony…i ktoś mi zajebał tę kasetę. Jak to w Pionkach bywało, kiedy się coś pożyczało chłopo-robotniczej dziatwie. Niemniej jednak, lubię produkcje O$ki…

czwartek, 19 listopada 2009

wtorek, 17 listopada 2009

Historia pewnego sampla III

Bohaterem trzeciego, długo nieobecnego na blogu, odcinka HPS jest zespół Weather Report. Nie trzeba, go chyba przedstawiać, ani zbytnio reklamować – znają go wszyscy, którzy chociaż otarli się o jazz epoki fusion. Nazwiska firmujące ten projekt – Zawinul i Shorter – również nie należą do tych „nic nie mówiących”. I jedyne co zrobię, to przykleję im etykietkę – ich twórczość jest KONTROWERSYJNA. Wśród znanych mi koneserów muzyki, ich charakterystyczne brzmienie (rozpoznawalne głównie po „zawinulowskiej, piszczałkowej elektronice klawiszowej”; Austriak był pionierem syntezatorów, które zaczęły pojawiać się w latach siedemdziesiątych) oraz równie osobliwe aranże (nieregularne; czasem chropowate, czasem liryczne i spokojne, ale nigdy nie monotonne, z częstymi zmianami rytmu) są raczej potępiane. Pewnie dlatego, że ich kawałki „nie bujają”, a nad ich twórczością trzeba się li tylko odrobinę skupić. A ludzi zdolnych do aż takiego wysiłku psychicznego znam niewielu. W końcu należę do pokolenia, które wyrosło na wielce „kontemplacyjnych” i „wysublimowanych” gatunkach muzycznych jak metal, techno, house czy wreszcie…rap.
Dziś, z bogatej dyskografii Weather Report, wyjąłem ich czwarty, studyjny album, „Misterious traveller” z 1974 roku. Przesłuchałem go. Tytułowy utwór, już na „pierwszy rzut ucha”, jest wspaniały. Jego autorem jest Wayne Shorter (na każdej płycie przez niego współtworzonej, umiem rozpoznać jego kompozycje po tym, że…są to utwory, które z miejsca przypadają mi do gustu - czy to album Lee Morgana, Jazz Messengers, czy Milesa Daviesa). Na początku tego kawałka, nastrój mrocznej tajemniczości inicjują niepokojące elektroniczne dźwięki. Potem znienacka pojawiają się agresywne akordy na pianinie i bass. Niepewność wzrasta – co to jest? Skąd dochodzą te dźwięki? KTO TAM?! Wreszcie wchodzi perkusja - widzimy tajemniczego wędrowca w całej okazałości. Możemy dostrzec jego zasępione oblicze. Twarz pooraną przez czas i wysmaganą wiatrem bezkresnych równin. Jego sylwetka jest ciemna i niewyraźna w szarym świetle kończącego się, jesiennego dnia. Skąd przyszedł? Dokąd zmierza? Te pytania wiszą w powietrzu, ale nikt ich nie zada. Nieznajomy zdaje się widzieć tylko swój cel, nadprzestrzeń. Mija nas. Idzie dalej, stapia się z szarością. Po chwili jego kroki milkną. Zostaje tylko intrygujące wspomnienie...
W tej zielonej herbacie nic nie było, a jednak…pewne omamy wystąpiły. Tytułem zakończenia dygresji trzeba zastrzec, że ten utwór wyróżnia się na tle innych dokonań Weather Report kolejno: mrocznym nastrojem, agresywnością, jest dynamiczny i rytmiczny, a Zawinul posługuje się niskimi dźwiękami (nie ukrywam, że jego „popiskiwanie” w wysokich tonacjach na syntezatorze jest często irytujące…). Wszystkie elementy tworzą doskonałą, nastrojową harmonię. A do powstania tego dzieła przyczynili się: Wayne Shorter (sax i inne), Joe Zawinul (klawisze i efekty), Alphonso Johnsona (bas), Ishmael Wilburn i Skip Hadden (perkusja) oraz Dom Um Romao (konga itp.).


W erze hip-hopu wyjątkową karierę zrobiły agresywne akordy na pianinie z „Misterious travellera” (chociaż te niepokojące dźwięki na początku także słyszeliście pewnie na niejednej płycie). Ten sampel idealnie nadaje się do jakiegoś ostrego, ulicznego kawałka. Wystarczy nie spieprzyć aranżu perkusji, basu…i mamy hit gotowy. Poznajmy więc tych, którzy poszli na łatwiznę, doceniąc przy tym ich „nos” do sampli.
Najnowszy prezentowany tu utwór, „Sucks don’t respekt it”, pochodzi z wydanego 1998 roku albumu Rasco pt. „Time waits for no man” (zaburzyłem chronologię, ponieważ właśnie ten utwór znam najdłużej; miałem tę płytę tuż po jej wyjściu w Stanach). Autorem podkładu jest Peanut Butter Wolf – producent i właściciel znanej wytwórni „Stones Throw”. Dodam jeszcze, że reszta „Time waits…” Rasco jest nie gorsza. Polecam.


Następnie mamy „Dangerous” efemerycznego twórcy rapu z drapieżnym flow, niejakiego Bas Blasta. W 1994 roku wydał ten singiel i zniknął. Za bit, który w końcu interesuje nas najbardziej w tym cyklu, odpowiada duet producencki The Groove Merchatz, w składzie Godfather Don (dosyć znany w nowojorskim podziemiu; lubi surowe i mroczne bity) oraz Victor Padilla.


A na koniec tytułowy utwór z klasycznej płyty Kool G Rapa „4, 5, 6”. Za produkcję odpowiadał tu Dr. Butcher, związany z grupą didżejską „The X-Men” (później „The X-ecutioners”, już bez niego w składzie). Tu też, oprócz poniższego tracku, należałoby poznać całą płytę.

Jedi Mind Tricks - Uncommon Story (A Vietnam Story)

"Uncommon Valour (A Vietnam Story)" to przykład niezwykle dopracowanego i przemyślanego kawałka. Ponury i minimalistyczny bit, autorstwa Stoupe'a z Jedi Mind Tricks, wspaniale koresponduje z mrocznymi wspomnieniami z wojny w Wietnamie zawartymi w zwrotkach Vinnie'go Paza i Rugged Mana. Ciemny nastrój utworu potęgują również chropowate głosy obu panów (ze wskazaniem na Vinnie'go). Co do tekstów, to RA przechodzi sam siebie - w prostych słowach odamlowuje historię życia swojego ojca - starszego sierżanta Johna A. Thorburna - który w Wietnamie był strzelcem w załodze śmigłowca "Green Hornet". Nie jest to wesoła opowieść, ale warta wysłuchania - flow Rugged Mana płynie i spada na bit kaskadami słów, które...Nie ma co nad rapowymi tekstami popadać w egzaltację. W końcu to nie Słowacki. Zatem posłuchajcie!



P.S. "Uncommon valour" znajduje się na albumie "Servants in Heaven, Kings in Hell" Jedi Mind Tricks.

czwartek, 5 listopada 2009

Nowy Pep Love

W najbliższym czasie ukaże się kolejny, po nowych Soulsach, album z rodziny Hiero Emporium. Będzie to druga solowa płyta Pep Love’a pt. „Reconstruction”. Oczekuje, że będzie lepsza niż solowe dokonania Tajaia, Opio, A-Plusa czy Dela. Przy czym ten ostatni podpadł mi szczególnie. Wypuścił płytę, „11th Hour”, która nie powinna się w ogóle ukazać. Męczące ucho pętle, nudne teksty i beznadziejny teledysk promujący – takie kakofoniczno-estetyczne odpadki na długo pozostają w mojej świadomości. Przez Dela i jego twórczą zapaść pomyślałem, że nawet Hieroglyphics, ostatni bastion dobrego rapu oprócz People Under The Stairs, zaczęli systematycznie obniżać loty razem z Wu-Tangiem, Dilated Peoples czy Jurassic 5. Fragmenty „Montezuma’s Revange” Souls of Mischief i kilka kawałków z nowego Pep Love’a pozwalają mi przypuszczać, że moja ulubiona grupa z Oakland kryzys formy ma za sobą. By nie pozostać gołosłownym zamieszczam dwa świadectwa tego procesu. Pierwszy, to utwór „No doubt” wyprodukowany przez samego Pep Love’a (do tej pory raczej nie parał się bitmejkerstwem) z gościnnym udziałem Opio, Otayo Dubba (członek duetu Co-deez) i niejakiego LB. Drugi, również z tej samej płyty, zowie się „Girls gone wild” i opowiada o problemach wychowawczych z dziewczynkami („Hierosi” wyraźnie się starzeją…). Pepa wsparł tu Opio, a bicik zrobił Unjust. Przesłuchajcie zatem oba kawałki, bo na to zasługują.
Dla tych, którzy nie znają jeszcze twórczości Paulo Peacock’a polecam zapoznanie się z jego starymi płytami: nagranym razem z Jay-Bizem, jako „The Prose”, albumem „The Shamen” oraz solowym debiutem „Ascension” (z hitami „Pacific Heights” oraz „The Ouns”). Polecam!
Tymczasem niecierpliwie czekam na wiadomości z Oakland o wydaniu dwóch nowych albumów sygnowanych Hiero-symbolem.



poniedziałek, 26 października 2009

Souls of Mischief - Tell me who profits

Skoro już pojawili się na tym blogu zarówno Eddie Henderson, jak i Souls of Mischief, to postanowiłem znaleźć jakiś łączący ich wątek. Jest nim oczywiście, jak to na tę witrynę przystało, sampel. Nicią łączącą okazał się motyw pianina z utworu „Inside You” Eddie’go Hendersona. Pochodził on z płyty „Heritage” wydanej w 1977 roku. Dodam tylko, że nie została ona wyjątkowo doceniona przez krytyków, z wyjątkiem tego właśnie singla. Szesnaście lat później zrobił z niego dobry użytek Casual – stworzył bit do „Tell me who profits” na debiutancki album „93 till infinity” Souls of Mischief. Szczerze – Casual nie jest zbyt dobrym bitmejkerem i na każdej płycie Hiero, jego produkcje wypadają najgorzej (w przeciwieństwie do jego zwrotek). No cóż, tym razem nawet jemu się udało.



czwartek, 22 października 2009

Souls of Mischief - Montezuma's Revenge

Niebawem – w przeciągu miesiąca z kawałkiem – ma się ukazać nowy album Souls of Mischief „Montezuma’s Revange”. Nie sposób podać dokładnej daty jej wydania. Jedni podają, że będzie ona dostępna już 10 listopada, a drudzy, że dopiero 2 grudnia. Jednak moje zaufane źródło informacji – undergroundhiphop.com – nie ma jej na swojej liście pre-orders. A jak oni nic nie słyszeli o premierze listopadowej, to mam podstawy przypuszczać, że „Zemsta Montezumy” pojawi się w grudniu.
O płycie wiemy całkiem dużo. Znamy dwa single – „Tour stories” i „Lalala” – które pozwalają mi podejrzewać, że album nie będzie beznadziejny. W erze upadku rapu, w której obecnie żyjemy, to już dużo. Bity przypominają te z ostatniego albumu Hierogliphics „Full circle” – czyli nie zwalają z nóg i nie porywają. Flow Tajaia, Phesto, Opio i A-Plusa również nie uległ zdecydowanym przeobrażeniom. Poszlaki sugerują, że nic się nie zmieniło, pomimo zatrudnienia dodatkowej siły producenckiej w postaci Prince Paula. Ale to tylko poszlaki…Z werdyktem trzeba poczekać na cały album. Chciałbym, żeby zaskoczyli mnie formą z czasów „No man’s land” i „Third eye visions”, kiedy ich szybkie bity porywały, a flow był huraganowy. Teraz są ospali, przepaleni i „podtatusiali”…Mimo to z niecierpliwością czekam na renesans „Psotnych Dusz”.
Co do Prince Paula, to mam jedno życzenie – niech powtórzy tam choć jedną taką genialną produkcję jak „Me, Myself and I” De La Soul. Czy to w ogóle możliwe?





Lee Morgan "Gigolo"

Nadeszła „jesieńzima”. W związku z tym smutnym faktem musiałem ponownie skonfigurować moje playlisty. Chciałem by wypełniające je utwory korespondowały z moim minorowym nastrojem i paskudną aurą za oknem…Cóż więc lepiej pasuje do smutnej nostalgii zziębniętej istoty niż twórczość Johna Coltrane’a i jego kwartetu? Chyba nic, chciałem sobie odpowiedzieć, ale niespodziewanie na mojej drodze życia pojawił się J.Rawls i skierował moje myśli w zupełnie innym kierunku. Oto spytał się mnie czy znam historię trębacza Lee Morgana, bo jego kumpel John Robinson chce mi ją opowiedzieć. Mówię, że wiem, że Lee grał na trąbce u Blakey’go i McLeana…i wiem, że wciągał kokę…i wiem…I wtem mnie zagłuszyli biografią ów Morgana. Wysłuchałem uważnie, i muszę stwierdzić, że Rawls mógł się bardziej postarać, a ospały Robinson, imający się ambitnych, lecz niezbyt udanych, projektów jak „Scienz of life”, powinien nagrywać dla „Prosto” (na przykład współpraca z dynamicznym Fu mogłaby „wzbogacić jego technikę i poprawić dykcje”), albo odbyć inną formę pokuty. Na przykład wziąć Kasię Skrzynecką by zaśpiewała mu refren tak słodki jak ten, który wydobyła była z siebie dla Mezo. Zostawmy jednak dwóch Panów J – może się poprawią. Ich niewątpliwą zasługą było wskazanie mi twórczości Lee Morgana jako terytorium poszukiwań potencjalnych hitów. Udało się! Pośród bopowych „krzaczków”, jakie przeważnie sadził ów trębacz, znalazłem jedno zdrowe, coltrane’owskie „drzewo” – efekt jego współpracy z genialnym aranżerem-saksofonistą Wayne’m Shorterem, pianistą Mabernem, basistą Cranshawem i perkusistą Higginsem. Słyszycie jak Mabern wciela się w McCoya Tynera, a Shorter w „Trane’a”? Brzmi to wszystko bosko! Przy „Gigolo” reszta płyty wypada blado. Posłuchajcie zatem.

środa, 21 października 2009

"Rush hour" w "Slow traffic..."

Po tak zamulonym wpisie należy zaserwować kawałek rapu z górnej półki. Szanowni goście, oto singiel Lone Catalysts (z gościnnym udziałem Showtime’a) zatytułowany „Rush hour” podany w towarzystwie „You know the deal” Bennie Maupina. Pozwólcie zatem, że zadam Państwu zagadkę: jaka jest wspólna nuta obu dań i gdzie się ona dokładnie znajduje?
Za danie główne odpowiada doskonały twórca – J. Rawls – o którego dokonaniach mogę tworzyć li tylko laurki i hymny pochwalne do muzyki utrzymanej w wagnerowskich tonacjach. Autorem przystawki jest natomiast doskonały saksofonista z headhunterskiej drużyny Hancocka – Bennie Maupin. „You know the deal” pochodzi z jego drugiej solowej płyty „Slow traffic to the right”. Jest to album kolejnego sidemana Herbie’go Hancocka (po trębaczu, Eddie’m Hendersonie), który w ramach nakreślonego przez swego mistrza pola tworzy swoją własną jakość. Muzyka Maupina jest przestrzenna, spokojna, liryczna – nazwałbym ją „kojącym funkiem”. Można sobie ją „załączyć”, otworzyć piwko i gapić się w mroki nocy rozmyślając, na przykład, o upadku polskiego rapu (powstałego poza łódzkimi Bałutami) lub samku ciemnego Ciechana. Maupin naprawdę uspokaja! Zamieszczony tu kawałek jest zdecydowanie najbardziej dynamiczny i „bujający” na całym krążku. Reszta pozycji „Slow traffic…” może być stosowana jako masaż dla mózgownicy zmęczonej słuchaniem dynamicznej „Man-Child” Hancocka lub niepokojąco dzikiej, zalatującej „On the corner” i „Bitches brew” Davisa, „Inside-out” Hendersona. Kto wie? Może Bennie tworzył te utwory chcąc się wyróżnić spośród innych „łowców głów” wodza Herberta z Chicago? Kończąc te bezproduktywne dywagacje, chciałem dodać, że to pozycja warta słuchania. A szczególnie „You know the deal”. Zatem, „Enjoy!”, jak piszą Anglosasi na swych blogach.