Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sample. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sample. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 maja 2010

Historia pewnego sampla XVI

Miałem przerwę. Przynajmniej powód był dobry - dostałem pracę. Doszły mi nowe obowiązki i…zaniedbałem moje blogowanie o samplach. Po raz kolejny wracam, jak rozpieszczony syn marnotrawny, z kolejną szansą odkupienia win w rękach. Co przynoszę? Eddie’go Kendricksa i jego piosnkę „The newness is gone”.
Eddie był wybitnym artystą - czołowym soulowym piosenkarzem, aranżerem i tekściarzem. Szczyt jego kariery przypada na lata sześćdziesiąte, gdy był liderem słynnej grupy wokalnej The Temtations, która miała potężny wkład w budowę wielkości wytwórni Motown. Przy czym Kendricks nie tylko zajmował się muzyczną stroną zespołu - projektował także ubiór dla pięciu członków zespołu – i to chyba najbardziej kontrowersyjna część jego działalności. Jeśli oglądaliście jakikolwiek występ The Temptations na youtube’te, to zapewne rzuciłyby wam się w oczy marynareczki w pastelowo-cyrkowo-oczojebnych kolorkach, fikuśnie tu i tam wcięte – nawet biorąc pod uwagę „ducha epoki” to i tak nic nie usprawiedliwia tego „przekiczowienia” kreacji.
Koniecznie sprawdźcie także układy choreograficzne The Tematations. Kiedyś, jak widziałem w telewizji występy ze starych festiwali w Opolu i Sopocie, to myślałem, że to co wyczyniali chociażby Zbigniew Wodecki czy Maryla Rodowicz to po prostu jakaś nieudolna parodia stylu obowiązującego wtedy na Zachodzie. Nic bardziej błędnego. Nasi artyści szli równo, noga w nogę, z ze swoimi kolegami po fachu zza „żelaznej kurtyny” – to samo bezguście, cukierkowości i podniosłość tekstów, które z obecnej perspektywy, są przekomiczne.
Mniej zastrzeżeń mam do piosenki Eddie’go „Newness is gone” z albumu „Goin’ up in smoke” z 1976 roku. Jest kiczowata, ale…żeby ktoś dziś choć spróbował nagrać tandetę podobnej jakości – to niemożliwe. Mimo wszystko, wolę tamte czasy.

Jednym z pierwszych producentów, który wpadł na genialny pomysł zsamplowania znakomitej muzycznej inwokacji do tej piosenki, był Akhenaton – raper, producent i założyciel IAM. Jego solowej płyty „Meteque et mat” i kawałka „Bad boys de Marseille (Part II)” nie trzeba przedstawiać. To klasyka klasyki rapu.

Dalej mamy produkcję niejakiego Derica "D-Dota" Angelettie‘a, który swą karierę zawdzięczał współpracy z Puff Daddy’m i Notoriousem. Tutaj zrobił bit dla Nasa do kawałka „Pappa was a playa” z płyty „Lost tapes”. Całkiem udany, hę? Niech wam tylko nie umknie genialność nasowego tekstu – to z pewnością jeden z jego lepszych.

Piosenka Kendricksa wpadła w ucho także samemu Alchemistowi. Wziął sampel z tego samego fragmentu co wyżej wymienieni i znów wyszło dzieło – kawałek „Thieves” z rapem Dilated Peoples i Prodigy z Mobb Deep.

A na koniec polski akcent – utwór „WWA” z mixtape’u „Prosto”, nawiasem mówiąc całkiem ciekawego wydawnictwa. Autorem podkładu jest Czarny z HiFi Bandy. I wiecie co? Jemu też z tej próbki wyszedł hit. Jaki z tego wniosek? Warto samplować „The newness is gone” Eddie’go Kendricksa, bo z niego da się zrobić tylko zajebisty instrumental.

środa, 12 maja 2010

Historia pewnego sampla XV

Ostatnio było miękko – pieściłem was instrumentalnym utworem Grovera Washingtona. Dziś powrócę do prawdziwego funku, z dużą ilością wokalu, trąbkami i pajęczynowej gitarowej mantry. The Bar-Keys – bo tak nazywa się formacja, która stworzyła prezentowany dziś sampel – narodziła się w okolicznościach przypominających mi warunki powstawania „pojednawczego i ciepłego” wizerunku Jarosława Kaczyńskiego. Co ma jedno do drugiego? Zacznijmy od początku. W 1967 roku, w muzycznym mieście Memphis, Otis Redding – cieszący się niejaką sławą piosenkarz soulowy – zebrał zespół z którym wyruszył na tour po Stanach. Niestety, gdy lecieli na koncert do Wisconsin rozbił się ich samolot. Zginął Redding i większość jego zespołu. Przeżyło tylko dwóch muzyków – trębacz Ben Cauley (był w feralnym samolocie!) oraz basista James Alexander (był w innym samolocie). Obaj postanowili, że odbudują zespół. Nie dość, że szybko osiągnęli swój cel, to od razu nagrali swój największy hit – „Soul finger”. Od tamtej pory byli w czołówce amerykańskiego funku, aż do początku lat osiemdziesiątych, kiedy to styl w którym tworzyli wyleciał za burtę mainstreamu. Co ważne, nagrywali nie tylko swoje projekty – byli także muzykami sesyjnymi na płytach innych artystów z wytwórni Stax, takich jak sam Isaac Hayes.
Piosenka „Fightin' Fire With Fire” z albumu „Coldblooded” (1974) też należy do hitów The Bar-Keys. Ma ten funkowy, „wyluzowany” groove - utkany z gitary, basu i perkusji – poprzetykany silnym wokalem Jamesa Alexandra i energicznymi wtrętami dęciaków. Piękna rzecz, a szczególnie fragment (3:05-3:23), który przypadł do gustu paru rapowym producentom.


Pamiętacie czasy Kriss Kross, Shyheima i innych dzieci-raperów? Nowojorczyk Chi-Ali zaczął swoją karierę w 1992 roku, gdy miał 14 lat. Jego debiutancka, i jedyna, płyta „The Fabulous Chi-Ali” zdobyła niewielką popularność w porównaniu z wyżej wymienionymi artystami - nie ma się co dziwić, „Jump” Kriss Kross było jedyne i niepowtarzalne. Słuchanie obleśnych i głupich tekstów wydeklamowanych wysokim dziecięcym głosem nie należy do przyjemności. Przynajmniej dla mnie. Mimo wszystko warto sięgnąć po tę płytę, ponieważ można usłyszeć pierwsze produkcje Juju i Psycho Lesa. Są wyborne! Do nich należy „In my room”, gdzie wykorzystano sampel z wyżej wymienionej piosenki The Bar-Keys. Na koniec dodam, że Chi-Ali skończył tragicznie. Wypadł ze światka rapowego od razu po nagraniu płyty. Było o nim cicho aż do 2001 roku, kiedy został skazany za morderstwo – zabił brata swojej dziewczyny, bo pokłócił się z nim o 300 dolarów…


Kolejnym producentem, który zastosował próbkę z „Fightin' Fire With Fire” był DJ Clyde. Ten producent, członek grupy Assassin (jednego z pierwszych francuskich zespołów rapowych), zasłynął w szerokim świcie głównie dzięki wyprodukowaniu połowy kawałków na płytę Supreme NTM „Paris sous les bombes”, którą już tu wielokrotnie przedstawiałem. Tam też znajdziecie utwór „La reve”. Jest genialny, czyż nie?


Trzecim użytkownikiem tego sampla był legendarny raper i producent z Vancuver Moka Only. Omawianą próbkę wykorzystał w bicie do „Funky rhyme alude” z płyty „Summer notations”. Album ten wydał razem z południowokalifornijskim raperem Nebz Supreme’em jako The Summa Sound Clinic. Jest to bardzo dobra pozycja. Biorąc pod uwagę ogrom kiepskich albumów, z ogranymi chwytami lub chybionymi innowacjami, ten broni się całkiem nieźle. Moka Only robi łagodne i bujające podkłady, do których idealnie pasuje głos i flow Nebz Supreme’a. Doskonały ulepszacz relaksu z piwkiem w wiosenne popołudnie. Posłuchajcie – hip hop jeszcze nie umarł…

środa, 5 maja 2010

Historia pewnego sampla XIV

Jeżeli jesteście naprawdę zmęczeni i chcielibyście ukoić swoje nerwy to koniecznie musicie zapoznać się z dziejami tego sampla. Grover Washington jr. – już samo imię i nazwisko powinno was uspokoić, bo oznacza ono tyle co „smooth jazz”, lub krócej, „pościelówy”. On nigdy nie zaabsorbuje waszej uwagi jakimś irytującym, piskliwym dźwiękiem; nigdy nie będzie walił pięścią w wasze bębenki ani przesterowanym basem, ani mocną stopą; nie obawiajcie się, że zbyt silnie zadmie w waszą trąbkę Eustachiusza. To jest artysta od kołysania do snu, romantycznych kolacji i nocnych maratonów rozkoszy. Oprócz tych zastosowań, można powiedzieć o nim, że inspiruje rzesze rapowych producentów.
Washington – saksofonista, klarnecista i flecista – rozpoczał swą solową karierę na początku lat siedemdziesiątych. Kiedy gros jazzmanów grało funk i raczej czyniło swoje utwory bardziej dynamicznymi, on zwalniał. Komponował długie, rozbudowane i powolne ballady. Stawiał na głębokie, kojące dźwięki. Jego partie solowe były zawsze liryczne-słodkie i łagodne. Został wtedy królem smooth jazzu. Swój największy hit – piosenkę „Just the two of us” – stworzył do spółki z Billem Withersem w 1980 roku. Z pewnością ją znacie, a może nawet wiecie, który polski zespół rapowy ją zsamplował – poszukajcie u korzeni polskiego rapu. Prezentowany tutaj utwór, „Maracas Beach”, pochodzi z jego mniej znanej płyty „Reed seed” wydanej w 1978 roku. Jest liryczny i ma funkowy groove, który tak uwielbiam. Wsłuchując się w niego zobaczycie tropikalną plaże i poczujecie ciepłą, letnią bryzę…W taki dzień jak dziś, to doznanie niezwykle porządne. Jest szaro, a ciśnienie przybija mnie do ziemi…Spróbujcie terapii „gruwerwaszyngtońskiej”. Polecam!



„Maracas Beach” było parę razy samplowane. Ja podaję tu trzy przykłady, ale jestem pewien, że motywy z tego kawałka wykorzystano jeszcze w co najmniej jednym rapowym kawałku (tak, pamięć mnie zawiodła…). Pierwszymi, którzy uczynili z niego użytek byli DJ Broadway i King Tee w bicie do „Down ass loc”. Może pokrótce opisze te postacie. Ten pierwszy był producentem efemerycznym – pomógł temu drugiemu nagrać płytę „IV life” i zniknął. Z Kingiem Tee to zupełnie inna historia. To pionier gangsta z Los Angeles znany już od późnych lat osiemdziesiątych. Właśnie ten człowiek pomógł w karierze The Alkaholiks, a ci z kolei wspierali Lootpack, czyli Madliba – za to należą mu się wielkie podziękowania. Przede wszystkim jednak trzeba oddać mu honory za dwie bardzo dobre płyty – „IV life”(z której pochodzi poniższy utwór) oraz „The kingdome come”. Co ciekawe, muzycznie są bardziej nowojorskie niż g-funkowe, pomimo tego, że drugą wyprodukował w połowie sam Dr. Dre. Sprawdźcie je!



Co to byłby za odcinek HPS, gdyby nie pojawił się w nim ktoś powiązany z Hieroglyphics? Tym razem będzie to zespół Extra Prolific składający się ze Snupe’a (rapera i producenta) i Mike’a G (członka bardziej nominalnego niż rzeczywistego; nie robił bitów, a rapował bodajże w dwóch kawałkach; możecie zobaczy jego facjatę pod koniec teledysku „93’ till” Soul sof Mischief). Obaj panowie oddalili się od supergrupy z Oakland tuż przez wydaniem „3rd eye vision”. W podkładzie do „Act/you fool” z ich drugiej płyty, „2 for 15”, zaloopowali ten sam fragment „Maracas beach” co King Tee. Nie ma się im co dziwić. Tą próbkę wystarczyło zapętlić i już był hit. Nawet nie trzeba było zmieniać tempa. Zachęcam do eksploracji twórczości Extra Prolific - Snupe był dobrym producentem i osobliwym raperem ( ten powolny, lejący się jak rzadkie cisto, flow). Dopiero od nie dawna ich albumy dostępne są w internecie, więc korzystajcie (wyszły w bardzo niskim nakładzie i tylko na kasetach).



Rok po Snupe, w 1997 roku, po utwór Washingtona sięgnął także Lumumba, producent współpracujący z francuskim zespołem La Cliqua, JL i paroma innymi. Sampla, tym razem pobranego z samego początku utworu, użył w genialnym bicie do „Le hip-hop mon royaume” na płytę „Entre deux mondes” Rocca. Raper ów pochodzi z Paryża ale, jak to w przypadku większości francuskich twórców hip-hop bywa, jest synem imigrantów. Z Kolumbii. Karierę zaczynał z zespołem La Cliqua. Później stworzył także trio z dwoma Latynosami z Nowego Jorku o nazwie Tres Coronas. Tak jak poprzednie pozycje, także te warte są poznania. Zapraszam i idę jeść, cześć!


wtorek, 27 kwietnia 2010

Opio,Lebowski, Smerfy i Musorgski

Co łączy Modesta Musorgskiego, Jeffreya Lebowskiego, Smerfy i Opio z Hieroglyphics? Tylko 10 sekund z pierwszego z tych utworów – pomiędzy 33 a 43 sekundą. Kojarzycie?



niedziela, 18 kwietnia 2010

Preludium do "Popołudnia fauna"

Czas się trochę ukulturalnić - wyjść poza ramy czarnej, amerykańskiej muzyki. Nie na długo, oczywiście, ponieważ na muzyce klasycznej, od której dziś chce zacząć, znam się powierzchownie. Od dzieciństwa jestem bombardowany przez moją mamę, babcię i siostrę utworami Bacha, Beethovena i Chopina w różnych wykonaniach. Znam tylko podstawowych twórców i ich najważniejsze utwory. Do tej grupy należy, między innymi, Claude Debussy i preludium do „Popołudnia fauna”. Pewnie wielu z was także poznaje grany na flecie motyw otwierający utwór. Przypuszczam, że wykorzystano go wielokrotnie jako podkład dźwiękowy w bajkach dla dzieci, filmach fantasty czy serialach przyrodniczych. Przesłuchajcie całość – to naprawdę miłe dla ucha. Relaksuje w mig. A jak się jeszcze na szybko wypije coś mocniejszego – tak jak ja teraz - to nawet można zobaczyć tego fauna wchodzącego na łąkę w blasku letniego słońca. Widzę to błękitne, bezchmurne niebo. Mogę usłyszeć trawę szumiącą na wietrze i delikatne kroczki fauna, który powoli bieży, kontemplując krajobraz z błogim uśmiechem na twarzy. Czuję ten delikatny powiew we włosach i zapach wilgotnej gleby palonej prze słońce, jak w Kazimierzu na łąkach pomiędzy Czerniawami a Kwaskową Górą. Ile bym dał za to żeby być tam teraz i raczyć się „Perłą” w jakimś wiśniowym sadzie…Ze szczęścia chyba stałbym się faunem i puścił galopem na Słoneczną po jeszcze jeden browar…i następny, i następny…Do utraty tchu i zdarcia racic…A tymczasem, ponieważ moja wizja urwała się, muszę wam wyjawić cel tej całej paplaniny. Otóż chciałem wam pokazać pełen cykl mutacji preludium do „Popołudnia fauna” – od oryginału, poprzez jazz-funk, do rapu. Na początek daję pierwszą wersję, stworzoną przez Claude’a Debussy’ego około 1890 roku.



Utwór Debussy’ego zainspirował Eumira Deodato – brazylijskiego kompozytora i producenta muzycznego znanego ze współpracy z Kool & The Gang. Jego wersję preludium do „Popołudnia fauna” możecie znaleźć na jego pierwszym nagranym w USA solowym albumie, „Prelude”. Kompozycja Deodato nie wywołuje u mnie podobnych doznań. Mimo to utwór robi wrażenie. Nie tylko ciekawym, funkowymm, „przearanżowaniem”, ale również…składem zespołu. Na perkusji gra Billy Cobham, na flecie Hubert Laws, na basie Ron Carter, na basie elektrycznym Stanley Clarke, na instrumentach perkusyjnych Airto Moreira, na kongach Ray Baretto – to kolejny „mecz gwiazd” pod okiem Rudy’ego Van Geldera. Warto znać całą tę płytę.



W rapie, ten utwór Debussy’go znalazł się tylko nominalnie, ponieważ sampel jaki wyciął Jay-biz do bitu w „Feeling for the flow” pochodził właśnie z preludium do „Popołudnia fauna” Deodato (1:47-2:00). Do podkładu rymują Casual i Pep Love – najlepsi MC z mojego ulubionego składu, Hieroglyphics. „Feeling for the flow” znajduje się na drugiej części składanki „Hiero Oldies”. Polecam.


piątek, 16 kwietnia 2010

Historia pewnego sampla XIII

Staram się prezentować taką muzykę sprzed lat, która ma większą wartość niż tę, wynikającą z faktu jej zsamplowania. Niestety, nie zawsze mi się to udaje. Czasem po prostu trafiam na znajomo brzmiący fragment kiepskiej piosenki i cóż…zaraz dodaje go do swoich blogowych rezerw. Tak było i tym razem. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie mając na uwadze, primo, żałobę narodową, która swoją atmosferą zmusza mnie i was do samobiczowania (tym bardziej dotkliwego im bardziej nie darzyliśmy sympatią niektórych ofiar Smoleńskiej Gehenny), secundo, symbolikę liczb – to trzynasty odcinek HPS, a to nic dobrego nie wróży. Zatem zapraszam wszystkich romantycznych pokutników-masochistów na wspólne oczyszczające duszę męki - zada je nam kat z Cleveland, Bobby Womack.
„And I love her” to piosenka The Beatles z 1964 roku. Osiem lat później, na swojej płycie “Understanding”, Bobby Womack przerobił ją nie do poznania. Spowolnił tempo, wydłużał każde słowo i powtykał pomiędzy nie mnóstwo ozdobników. Dodał wzmagające nostalgię skrzypeczki. Z rockowej balladki zrobił dramatyczny miłosny manifest. Można odnieść wrażenie, że jego uczucie przeraża go swoim ogromem. Jest jak wielki cukierek, który dźwiga na plecach. On naprawdę KOCHA go dźwigać, ale nie wie jak długo da radę go utrzymać. Dlatego też jego rozdzierający śpiew brzmi jak apel o pomoc. „Pomóżcie mi, bo ta MIŁOŚĆ zaraz mnie przygniecie” – daje do zrozumienia Womack. Przez całą piosenkę krzyczy, jęczy i zawodzi jakby zaraz miał paść i umrzeć. Piosenka ma beznadziejny tekst, ale nie ulega wątpliwość, że mówi o miłości szczęśliwej. Bobby zaśpiewał ją tak jakby był cyganką biadolącą nad grobem zmarłego męża. Jego interpretacje da się porównać do jednego z tragicznych wydarzeń w historii Polski – „Mazurka Dąbrowskiego” wyśpiewanego przez Edytę Górniak na mundialu w Korei. Ci, co go słyszeli uchwycą analogię w mig, a tych co nie dostąpili tej przyjemności odsyłam na Youtube. Tym samym zakończę czepianie się stylistyki R&B/soul. W końcu nie wszystkich wykonawców tego gatunku muzycznego potępiam. Dla mnie najważniejszy był początek utworu, gdzie znajduje się sampel użyty przez Willie’go Gunza, 9th Wondera i Ośkę.


Willie Gunz wyciął początek piosenki. Dodał perkusję…i wsio. „Pose ton gun” to jego jedyna produkcja na wybornej – nieraz tu wspominanej - płycie „Supreme NTM”. Co do samego Willie’go, to nie jest on ani znanym, ani wybitnym twórcą. Jest koleżką Pete Rocka i A.D.O.R’a. Od czasu do czasu wrzucał pojedyncze bity na albumy ich wspólnych znajomych, typu YG’s.


9th Wonder przyciął sampel trochę inaczej ale dodał do niego swój charakterystyczny zestaw – mocną stopę i przesterowany, pierdzący bas. Brzmi nieciekawie. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu lubiłem jego produkcje, a szczególnie debiutancki album Little Brothera, „The Listening”. Teraz, po przesłuchaniu „Speed”, tylko boli mnie głowa…Znów samobiczowanie…


A na koniec Ośka. Przyznacie, że on uczynił z tej próbki najlepszy pożytek, choć podobieństwo do bitu Gunza jest spore. Po prostu dołożył fajniejsze bębny. Co do samego teledysku, to proszę zwrócić uwagę jakie doskonałe graffiti znajduje się za Nr Razem. Czyżby wspomogli go domorośli artyści spod znaku „Spoko dzieciak”? Na koniec proszę zwrócić uwagę na prawdziwy hiphopowy chód Numera i jego ziomków – coś pomiędzy Herr Flickiem z Gestapo a Forestem Whitakerem w „Ghostdogu. To jest dopiero miejski szyk i smak.


środa, 14 kwietnia 2010

Historia pewnego sampla XII

Po długiej przerwie spowodowanej zniechęceniem autora bloga do muzyki powracam. A wraz ze mną powraca motyw, który bez trudu rozpozna każdy, kto choć otarł się o polski rap. Na początek jednak, jak nakazuje tradycja, wstęp o źródle.
Mamy w Polsce dwóch skrzypków jazzowych na światowym poziomie. Pierwszym jest Michał Urbaniak. Wybitny instrumentalista, a do tego świetny kompozytor i aranżer, który w swoim umiłowaniu do eksperymentów i gadżetów dorównuje - i tu nie bójmy się porównań – Milesowi Davisowi i Herbie’mu Hancockowi. Znany jest głównie dzięki swoim sukcesom w Stanach. W przeciwieństwie do niego, skrzypek numer dwa wybrał karierę w kraju. Nazywa się Krzesimir Dębski. Z Urbaniakiem łączy go – oprócz gry na tym samym instrumencie – to, że także był w pierwszej dziesiątce najlepszych skrzypków jazzowych magazynu „Down Beat” i komponował muzykę filmową. Na tym podobieństwa się kończą. Wybrali różne drogi. Urbaniak od dziecka chciał grać jazz, grał jazz i będzie grać jazz. Dębski grał jazz i funk tylko na początku swojej kariery. Później robił już wszystko byle nie to. Wymienię tylko ważniejsze punkty jego CV: występował z kabaretem Tey, współpracował z Teatrem Ósmego Dnia, nagrywał z Charlesem Tolliverem (trębaczem znanym z zespołu Jackie’go McLeana); pisał piosenki dla Edyty Górniak, Rynkowskiego, Kayah, Sojki, Szcześniaka, a nawet Zdzisławy Sośnickiej (też czasem samplowanej, więc może się kiedyś tu pojawić). Komponował także muzykę symfoniczną w ilości takiej, że nie podejmę się wszystkiego tu wynotować. Dużą część jego dokonań stanowi muzyka do filmów („Kingsajz”, „Deja Vu”, „W pustyni i w puszczy”, a nawet „Ranczo Wikowyje”), seriali („Janka” z młodą Agnieszką Krukówną, no i „Ranczo”) i sztuk teatralnych. Próbował sił w projektach niszowych i na wskroś komercyjnych – od aranżowania partii smyczkowych i dyrygowania orkiestrami symfonicznymi do współtworzenia piosenki z serialu „Klan”. Różnorodność i bogactwo jego dorobku artystycznego robi wrażenie. Mnie interesuje głównie zapomniany okres działalności Dębskiego z lat osiemdziesiątych, kiedy stał na czele zespołu String Connection. Formację tę utworzył w 1981 roku w Poznaniu. Ich pierwszą płytę – „Workoholic” – wydała wytwórnia Poljazz w rok później (na pewno wytłoczono ją w moich Pionkach…). Trzon zespołu stanowili Krzysztof Ścierański (bass), Andrzej Olejniczak (saksofony), Zbigniew Lewandowski (perkusja) i Janusz Skowron (klawisze). Każdy z nich to postać legendarna w małym polskim jazzowym światku. Słuchając niektórych (bo nie mam dostępu do pełnego albumu) utworów z „Workoholic” muszę powiedzieć, że ma to swoje pełne uzasadnienie. „Bokra” to czyste disco – styl identyczny jak w Stanach na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, jak na płytach Eddie’go Hendersona i Hancocka nagranych po 1976 roku. Aranżacja genialna – żadnej nudy, dużo zmian rytmu, wspaniałych detali i genialne solówki. Noga sama chodzi – pozwólcie, że posłużę się wyświechtanym sloganem. I zwróćcie uwagę na ten bass – Ścierański wymiata. Następny kawałek to „Cantabile in h-mol”. To już czysto typowa polska odmiana smooth jazzu. Ballada liryczna, słodziutka, a przy tym pełna smutku i zadumy. Można spokojnie napisać do tego tekst o nieszczęśliwej miłości, odrzuceniu i gapieniu się w księżyc. Ci co znają pierwsza płytę Molesty wiedzą, że DJ Volt zsamplował pianino z początku tego kawałka w podkładzie do „Armageddonu”. Z resztą ten sam producent upodobał sobie także tytułowy utwór String Connection z tego samego albumu, „Workoholic”. Też dobrze buja, choć nie jest tak szybki jak „Bokra”. Nie powstydziłaby się go żadna gwiazda zza Atlantyku. To europejski hit w amerykańskim stylu na miarę „Pick up the pieces” Average White Band.

Posłuchajcie jak Volt dostosował go swoich potrzeb w bicie do „Się żyje” na „Skandalu” Molesty.

Co ciekawe, niemal tej samej próbki użył Thes One – główny autor charakterystycznego, analogowego, brzmienia formacji People Under The Stairs (PUTS) – w bicie do „80 blocks from Silverlake” z albumu „Carried Away” . I tak jak Volt zrobił hit. Z głównego motywu „Workoholic” każdy rap-producent zrobiłby szlagier. Jednak dla PUTSów – duetu z LA – takie osiągnięcia nie są niczym wyjątkowym, gdyż nagrywają same dobre płyty (może z wyjątkiem „Fun DMC”). Zarówno Thes One jak i Double K są mistrzami w wyszukiwaniu sampli, ich umiejętnym loopowaniu i doprawianiu perkusją tudzież basem. Na tej płaszczyźnie są takimi Beatnuts Zachodniego Wybrzeża. Z tą różnicą, że stronią od syntetycznych dźwięków, smutnych tekstów o życiu getta, twardzielstwa a la Compton, „cykaczy”, piszczałek, kobiecych wokali, gościnnych MC i kręcenia teledysków. Tych zasad trzymają się kurczowo i zanosi się by z nich zrezygnowali. Dlatego też marnie wróżę ich komercyjnej przyszłości i cieszę się, że – używając zwrotu złotoustego Aleksandra K. - „nie idą tą drogą”. „Carried away” jest świadectwem ich wysokiej formy. Sugeruję skoncentrować się na kawałkach „Come on, let’s get high”, „Hit the top”, „Down in LA”, „Carried away” i „My boy D”. Unikajcie utworu „Beer”, bo to taki zgagotwórczy „Beer”, taki amerykański „Żubr”.

Oto reszta utworów wymieniona w tekście. Polecam wszystkie!


czwartek, 4 marca 2010

Historia pewnego sampla XI

Ostatnio znów przypadkowo znalazłem sampel z utworu, do którego ciężko by było mi trafić, gdybym kierował się w eksplorowaniu youtube’a jedynie moimi gustami, stąpając po wydeptanych muzycznych szlakach. Znów zgubiłem drogę i znalazłem dziwnie znajomy utwór. Przynajmniej pierwsze nuty były mi dobrze znane. Któż to? Patrzę: wykonawca – Joni Mitchell, tytuł – Edith and The Kingpin (1975, „The Hissing Of Summer Lawns”). Wsłuchałem się w jej łagodny głos, elektryczne pianino (Joe Sample – mistrz z Jazz Crusaders), flet. Cudowna balladka. I ta inwokacja na gitarze stająca się głównym motywem…Za pierwszym przesłuchaniem chciałem to wyłączyć - nie znoszę białych wokalistek a la Tori Amos - ale później się przekonałem. Pomimo tego, że to kolejna piosenka o podrywie w barze. Wrażliwa Edith i lokalny gangster. Historia stara jak świat z której żyły pokolenia bardów, minstreli, wioskowych dziadów i cygańskich muzykantów. A jednak jej wysłuchałem. Starzeje się. Nie tylko ja to zrobiłem. Musieli to zrobić jeszcze E-Swift i Ostry.

„Edith and The Kingpin” wydał mi się „dziwnie znajomy”, ponieważ główny motyw z niego usłyszałem 10 lat temu w kawałku „Lowlands Anthem (pt. 1)” na płycie „Focused Daily” Defari’a. Za bit i skrecze odpowiada E-Swift, wtedy etetowy producent The Alkoholiks. Spokojny, brzmiący sentymentalnie instrumental genialnie pasuje do tekstu Defari’a poświęconego pięknu jego rodzimego miasta i stanu – Los Angeles i Kalifornii. Utwór należy do najlepszych na krążku. Wielu moich znajomych mówi, że to raczej przeciętna płyta. Ja mam do niej sentyment i uważam, że jest całkiem dobra – kojarzy mi się z licealną beztroską i pisaniem życiowych planów patykiem na wodzie. Poza tym kupiłem ją drogo i, jak zawsze w takich wypadkach, koszty jakie poniosłem podnoszą w moich oczach jej wartość artystyczną. Zaręczam was, że jest to czynnik o niewielkim wpływie. Naprawdę warto ją poznać. Za produkcję, poza E-Swiftem, odpowiadają Alchemist i Evidence, którzy wtedy stawiali swoje pierwsze kroki. Tak dobrych utworów jak „405 Friday’s”, „Checkstand 3” i „Focused Daily” się nie zapomina. Tak jak chce się zapomnieć o takich niewypałach jak „Never lose touch”, „Yes indeed” i „No clue”.

Po tę piosenkę sięgnął również Ostry. Przesłuchajcie bit do kawałka „Problemy” na pierwszym CD „Jazzu w wolnych chwilach”. Brzmi dosyć smutno i refleksyjnie - tak jak produkcja E-Swifta. Tylko Ostry, jak prawie w każdym kawałku z płyt po „Masz to jak w banku”, napisał tekst o niczym. Jestem pewien, że po prostu pisał wszystko, co mu się skojarzyło z tą muzyką. Byle do rymu i do taktu. Po czym to nagrał. Flow jest, jak zwykle u niego, perfekcyjnie skrojony. Przekazu zero, ale jego rapowy wdzięk obraca każdy bełkot w złoto, a instrumentale są z płyty na płytę coraz lepsze. Za to go szanuję i uwielbiam. To największy działający polski MC i producent. I koniec.

środa, 3 marca 2010

Z okazji 200 urodzin Chopina...

Przyłączam się do obchodów dwusetnej rocznicy urodzin Fryderyka Chopina. Najpierw jego arcysmutne i piękne preludium E-minor (op. 28 nr 4). A później kawałek "That's my people" Supreme NTM z samplem z ów utworu.


Historia pewnego sampla X

Postanowiłem zintensyfikować moją działalność w związku z niekontrolowanym przyrostem nowych muzycznych odkryć. W okrągłym już – dziesiątym – HPSie zamierzam zaprezentować trzy wcielenia sampla pobranego z piosenki „Funky Song” zespołu Ripple. Była to grupa stosunkowo mało popularna w latach siedemdziesiątych zespół R’n’B funkowy z Michigan. Na liście przebojów R’n’B furorę zrobiło tylko kilka ich singli, między innymi „I Don't Know What It Is, but It Sure Is Funky” (11 miejscu), „Willie Pass the Water” (miejsce 27) i właśnie „Funky song” (dopiero 41). Przy czym wszystko co najlepsze w ich twórczości zmieściło się na ich debiutanckim krążku „Ripple” z 1973 – cieszyli się raczej sezonową sławą. Ich prezentowany tutaj utwór zaczyna od kilku szybkich i wysokich akordów na gitarze (ti-tu-ti-tu-ti tu-tu – w zapisie mocno nieformalnym). Niby kilka dźwięków z przeciętnego wytworu funkowej belle epoque, a jednak Madlib, Explicit Samourai i Kenny Segal potrafili zrobić z nich świetne bity. Posłuchajcie najpierw Ripple.



Gitarkę z „Funky song” w 1999 roku pociął, i całkiem sensownie potem poskładał, sam Madlib. Dokonał tego w bicie do „Trouble N Da West (Who's Crew?)” z pierwszej płyty Declaime’a „Illmindmuzik” (wyprodukował ją całą). Wśród rapujących słyszymy, kolejno, Evidence’a, Wildchilda, Madliba i Declaime’a – przyznacie, że każdy z nich wykonał dobrą robotę. Słucham tego od 10 lat i jeszcze mi się nie znudziło! Co do pozostałych kawałków na płycie to jest różnie. „Roll’em right” i „Let it be known” są fenomenalne – relaksujące, oparte na gitarowych, „zakurzonych”, trzeszczących samplach idealnie współgrających ze skrzekliwym głosem i leniwym flow Declaime’a. „Illmindmuzik” zostało obdarzone bitem, który brzmi jakby stworzył go kataryniarz z perkusistą orkiestry strażackiej. Jest to połączenie hipnotyzujące, a przy tym nie usypiające, szczególnie dzięki wokalowi Dudleya Perkinsa (jak brzmi prawdziwe imię i nazwisko Declaime’a). „World domination” i „Wicked ways” są kiepskie. Mocna perkusja i minimum sampli. Reasumując, jest to płyta dobra, choć o bardzo zróżnicowanym poziomie utworów. Warto ją znać.

Następny kawałek, gdzie możemy znaleźć omawiany sampel, to „Bling bling (street chic)” z albumu „RAP” (2005) formacji Explicit Samourai (w składzie Leeroy Kesiah, Specta i DJ Eddy Kent). Ten bicik jest owocem kolektywnej pracy zespołu. W odróżnieniu od Madlib nie cięli tego sampla tak krótko, nie przetasowali go po swojemu, tylko po prostu zaloopowali. Do tego dołożyli jeszcze „próbkę” instrumentów dętych – i już było pięknie! A żeby było jeszcze lepiej, to część rytmiczną zrobili nie tylko z handclapów, stopy i basu, ale również z bębenka. Wyszedł im kawałek mocno bujający, wręcz taneczeny, który wspaniale pasuje do doskonałego technicznie i niebanalnego stylu rymowania Leeroy’a i Specta’y. W końcu obaj panowie wywodzą się ze znanej, lecz nieistniejącej już niestety, francuskiej grupy Saian Supa Crew (to taka europejska wersja Freestyle Fellowship zafascynowanych beatboxem i stawiających na doskonalenie formy kosztem treści) słynącej z wokalnej wirtuozerii. Z resztą Explicit Samourai występowali w Polsce, więc może ktoś z was już o nich słyszał. Ci, co ich nie znają, niech ocenią całą „RAP” sami.



Ostatni producentem, który znalazł się tu przez używanie „Funky song”, jest Kenny Segal. Jest to niemłody już bitmejker i dzidżej powiązany z Project Blowed, czyli muzycznym plemieniem wodza Aceyalone’a, składającym się głównie z weteranów podziemia LA, którzy zaczęli swoje kariery w „Good life Café” w połowie lat dziewięćdziesiątych. Jego instrumentale można było znaleźć na solowych płytach właśnie Aceyalone’a oraz Abstarct Rude’a, Myke 9, The A-Team i Haiku d’Etat. Swój pierwszy producencki album – „Ken can cook” - nagrał dopiero w 2008 roku. Z niej pochodzi prezentowany poniżej singiel „Backyard BBQ”. Sampel z hitu Ripple został tu trochę spowolniony i rozciągnięty. Ma tu niewielką rolę – właściwie wzbogaca rytm. O sile tego utworu decydują raperzy i ich zróżnicowane stylowo zwrotki: śpiewający Abstarct Rude, zdyscyplinowani Nocando i Aceyalone oraz zwariowany Busdriver. Ten kawałek z pewnością zasłużenie wybrano do promocji płyty. No i jeszcze ta brunetka z teledysku…Mmmm. Przyjrzyjcie się jej uważnie. Kończąc, chciałem wam polecić całą płytę Segala – pojawiają się na niej najlepsi MC z Project Blowed, a Kenny prezentuje nam wiele swoich muzycznych oblicz (ma ich więcej niż Światowid!) i każde z nich powinno przypaść wam do gustu. Szczególnie jeśli lubicie jazzowe sample zrobione „na twardo”, a nie „na miękko”, w stylu Jazz Liberatorz i Dela.


piątek, 26 lutego 2010

Historia pewnego sampla IX

Idę za ciosem – kolejny HPS. Wracam do klasycznych źródeł sampli – soulu i funku lat siedemdziesiątych - oraz łączę dwa wątki wcześniej poruszone. Co ten bełkot ma znaczyć? Ano to. W 1970 roku Isaac Hayes – który już raz pojawił się w moim cyklu – stworzył singiel „The look of love” (płyta „…To be continued”), będący jego adaptacją przeboju Burta Bucharacha (kolejną z resztą – Hayes lubił korzystać z jego dorobku). Co prawda jest to utwór miłosny, ale na próżno szukać w nim jakiejś intymności, atmosfery randki w jakieś małej restauracji czy, nie daj Boże, uroku cichej serenady na gitarze. „The look of love” to raczej strzał Amora-artylerzysty o muskularnym ramieniu z różowej „Grubej Berty” w serce wielkości Pałacu Kultury. Strzał, którego huk niesie się po górskiej dolinie, dzwoniąc w uszach dłuuugo po wystrzale. Aranżacja Hayes to erotyczny monument w podniosłym nastroju – wsłuchajcie się w tą orkiestrę – podobnym li tylko hymnom państwowym…albo innym kiczowatym soulowym utworkom o miłości sprzed trzydziestu lub czterdziestu lat. Jakbym niegdyś odniósł sukces jako południowomazowicki separatysta i, jako przywódca Republiki Warcholskiej ze stolicą w Radomiu, stanął przed dylematem powierzenia komuś misji skomponowania hymnu to z pewnością powierzyłbym ją tylko wskrzeszonemu z martwych Isaacowi Hayesowi. No, ewentualnie mógłbym się dogadać z duetem Włodzimierz Korcz-Edyta Górniak – ona z pewnością mogłaby wysmażyć coś równie podniosłego, tak jak w Korei osiem lat temu, a on - no cóż – liczyłbym na jego przypływ geniuszu. Ach…porzucam te jakże kuszące sny o potędze by zakończyć rozważania o „The look of love” stwierdzeniem, że utwór ten, tak jak prawie każdy stworzony przez Hayesa, był bardzo często „przycinany”, wzdłuż i wszerz, przez producenckie empecetki (i ich nobliwe poprzedniczki) do potrzeb rap-muzyki. Od razu zastrzegam, że nie będę wymieniał wszystkich bitmejkerów, którzy to uczynili. Skupię się tylko na kilku kawałkach, w których fragmenty omawianego przeboju sam namierzyłem.

Na pierwszy ogień idzie legendarny marsylski zespół IAM. Sampel z Hayesa pojawił się na ich drugiej płycie, „…De la planete de Mars” z 1991 roku, w utworze nr 4, czyli „Tam-tam de l’Afrique”. Bit jest dziełem całego zespołu, a za perkusje odpowiadają Imhotep i Shurik’n. Ten ostatni jest tutaj również jedynym rapującym – bardzo agresywnie i rewolucyjnie z resztą, jak to często miało miejsce w epoce „starej szkoły”. „Tam-tam…” wyróżnia się na tle całego krążka swoją ponadczasowością. Da się go słuchać i dziś, podczas gdy większość kawałków z „…De la…” „trąci myszką”. Ale to ma swój urok. Szczególnie jeśli ma się oryginalną okładkę ze zdjęciem grupy: sześciu facetów w garniturach, z fryzurami jak Spike Lee w „Do the right Thing” (Akhenaton nawet w białym golfie z krzyżem na piersiach), stoi i zimnym wzrokiem patrzy się w obiektyw (Shurik’n spode łba – à la Kaszpirowski). Za nimi rozpościera się panorama starego portu w Marsylii…Do tego wewnątrz okładki można znaleźć ich teksty, jakby ktoś nie zrozumiał ich dykcji, i…słowniczek wyrażeń slangowych. Gdzie się podziały takie staroświeckie wydania? Aha, oprócz próbki z „The look of love” użyto tu również sampla z utworu „Pastime paradise” Steve’ego Wondera – na pewno skądinąd go znacie…


Kolejnym bitmejkerem stosującym rzeczoną próbkę był MC Eiht w utworze „Niggaz strugglin’” swojej formacji Compton’s Most Wanted (CMW). Możecie go znaleźć na ich płycie „Music to driveby”z 1992 roku. Jest to całkiem ciekawy kawałek, choć nie umywa się do tego co w owym czasie w LA robił Dre i DJ Yella.

Następnym kawałkiem w którym można znaleźć próbkę z hitu Hayesa jest „Neva go back” Special Eda, z płyty „Revalations” z 1995 roku. Producentem utworu jest Howie Tee, związany przez lata nie tylko z Edem, ale również z Chubb Rockiem (walnie przyczynił się do budowy wielkich karier obu panów). „Neva go back” można nazwać ostatnim wielkim dokonaniem jednego Królów Oldskulu. Później Special Ed stał się cieniem samego siebie… i to już gdy miał 22 lata…


Na koniec Steve zagra „Pastime paradise”...

wtorek, 23 lutego 2010

Historia pewnego sampla VIII

Dzisiaj samplowa historia będzie krótka. Krótka, ponieważ nie przepadam za raegge, a taką właśnie muzykę wykonują moi dzisiejsi bohaterowie – zespół Steel Pulse. Powstał on w Handsworth, dzielnicy Birmingham, w 1975 roku. Założyli go synowie imigrantów z Indii Zachodnich, przede wszystkim pochodzących z ojczyzny reggae – Jamajki. Liderem bandu jest wokalista, gitarzysta i kompozytor David Hinds – jedyny, oprócz Selwyna „Bumbo” Browna, członek formacji, który pozostał z jej pierwszego składu. Dziś odmłodzony Steel Pulse nie zwalnia tempa – dużo koncertują, nagrywają i nadal są doceniani. W 2004 roku byli nominowani do nagrody Grammy (była to ich czwarta nominacja). Jedyny raz udało im się ją zdobyć w 1985 roku, za album „Babylon the bandit”. Wtedy też usłyszał o nich cały świat. Lecz to nie koniec ich sukcesów. W 1993 roku wystąpili na inauguracyjnym przyjęciu Billa Clintona – byli jedynym zespołem reggae, który wystąpił kiedykolwiek na tej imprezie. Zastanawia mnie tylko czy nie czuli się wtedy jakoś wewnętrznie sprzeczni. Przecież Clinton, choć palił gandzie, to jednak się nią „nie zaciągał”, a poza tym stał na czele „bandyckiego Babylonu”. Może wierzyli, że pod wodzą chłopaka Arkansas „Babylon” stanie się „bandytą o dobrym sercu”? Co na to ojcowie założyciele ruchu Rasta? Porzucam te rozważania by przejść do sedna. W 1984 roku, pięknym roku moich urodzin, Steel Pulse nagrał album „Earth Crisis”. Płyta ta, oprócz wspaniałej, politycznie zaangażowanej okładki w której centrum dominuje postać Jana Pawła II, zawiera utwór „Bodyguard”. W rzeczonym utworze całkowicie przypadkowo znalazłem źródło sampla wykorzystanego przez A-Plusa (oczywiście z Hieroglyphics) i Stic. Mana (Dead Prez). Za długo się go nie naszukałem, bo znalazłem go już w przygrywce.

Pierwszym, który użył tej próbki był A-Plus – czołowy producent super-drużyny z Oakland, autor podkładu do mojego ulubionego utworu rapowego „You never knew” – w bicie do kawałka „Family and friends” na składankę Hiero „The building”. Przerobił ją skracając, dynamizując i dodając gustowne ozdobniki. Jego robotę podkręcił jeszcze Pep Love dodając bardzo dobry tekst, a dosłodziła go Goapele, wspaniała wokalistka, której uroda to jeden z najdoskonalszych przykładów zdolności Boga do tworzenia Czystego Piękna (Sprawdźcie jej zdjęcia, to zrozumiecie moją egzaltację). Przyznacie, że efekt ich współpracy jest doskonały. Hiero górą!


Gorzej poszło Stic. Manowi z Dead Prez, który ten sam sampel użył w podkładzie do kawałka „Like a window” (z płyty „Can’t sell dope forever” nagranego wspólnie przez Dead Prez i Outlawz). On po prostu tą przygrywkę ciut skrócił i zaloopował. Poszedł po najmniejszej linii oporu, ale mimo to nie zmarnował jej potencjału. Nawet ten męski wokal tego nie zepsuł. Steel Pulse – chapeau bas!

czwartek, 4 lutego 2010

Przypadkowo znaleziony sampel J. Rawlsa

Ostatnio przeszukując dorobek Quincy Jonesa i recenzje jego płyt (których nagrał naprawdę sporo) natknąłem się na interesującą płytkę – „Walking in space”. Album pochodził z „przejściowego” 1969 roku, po którym zapanowało fusion, jazz-rock i jazz-funk. Charakterystyczne dla tego czasu, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, były płyty big bandowe z nieśmiało wkraczającym funkowym groove’em jak „Detroit” Yusefa Lateefa oraz „Fat Albert rotunda” Hancocka. Jednak Jones na „Walking in space” pozostał na pozycjach konserwatywnych, w bebopowej stylistyce. I całkiem nieźle mu to wyszło. Piszę „nieźle”, a nie „dobrze”, ponieważ niestety zaprosił do współpracy również „podnucjące” trzy panny, które czynią relaksujące utwory sennymi. Mnie to troszkę irytuje. Szczególnie w kawałku „Killer Joe”, skomponowanym przez saksofonistę Benny’ego Golsona. Mimo to należy do najlepszych na krążku. Melodia łatwo wpada w ucho i masuje zmęczoną mózgownicę, czyż nie? Co ważne, wśród muzyków znajdują się same sławy tamtych lat, między innymi Hubert Laws na flecie, J. J. Johnsona na puzonie, Freddie Hubbard na trąbce i Ray Brown na basie. A i najważniejsze - właśnie w tym utworze znalazłem sampel fletu z „dęciakami” (od 40 do 47 sekundy), który użył J.Rawls w produkcji bitu do singla „Word Famous” (więcej tutaj).



wtorek, 26 stycznia 2010

Historia pewnego sampla VII

Wracam po ponad miesięcznej nieobecności. Boże Narodzenie i karnawał wpłynęły negatywnie na moją aktywność blogerską, za co przepraszam grono stałych obserwatorów. Mea culpa. Postaram się nadrobić te zaległości.
Dzisiaj ponownie sięgnę do muzyki z lat siedemdziesiątych, z tą różnicą, że bohater będzie mniej znany niż Bobby Hutcherson i Diana Ross. Odsłaniam kurtynę – będzie nim David „Fathead” Newman.
Newman urodził się w 1933 roku w Teksasie. Swoją ksywę zawdzięcza nauczycielowi muzyki ze szkoły średniej, który bił go po głowie linijką i wyzywał od „zakutych łbów” („fathead”), gdy zauważył, że młody David nie umie czytać nut. Swoje muzyczne wykształcenie odebrał w Dallas – uczył się gry na flecie i saksofonie (oprócz niego w tym mieście dorastało dwoje innych znakomitych flecistów jazzowych – Bobbi Humphrey i James Clay). Co ciekawe, równolegle ze studiami muzycznymi zgłębiał wiedzę teologiczną. Niemniej jednak, w jego późniejszym życiu artystycznym ślady odniesień do Boga możemy odnaleźć li tylko w tytułach piosenek, na przykład „Precious Lord”. Newman do „świętych” nie należał – wciągnął swojego najlepszego kumpla, z pierwszego zespołu w jakim grał na początku lat pięćdziesiątych, w narkotyki. Tym kumplem był Ray Charles. Później, gdy Ray rozpoczął solową karierę, wziął „Fatheada” do swojego zespołu i uczynił pierwszym saksofonistą. Ich współpraca układała się wspaniale aż do 1966 roku. Wtedy to Newmana postanowił zagrać w bandzie flecisty i saksofonisty Herbie’go Manna. W następnych latach nagrywał i koncertował z takimi gwiazdami jak Aretha Franklin, Joe Cocker, B. B. King czy Natalie Cole.
W międzyczasie, w 1959 roku, za namową Raya Charlesa, rozpoczął swoją solową karierę, która jednak zawsze pozostawała na uboczu jego działań jako muzyk sesyjny. Początkowo grał klasyczny, bebopowy jazz. Później, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, porwała go moda na jazz-funk. Z tego właśnie okresu twórczości Newmana pochodzi płyta „Lonely avenue”. W składzie nagrywającym tę płytę znalazł się wibrafonista Roy Ayers (udziela się także na pianinie), będący w przededniu swoich „złotych czasów”, i to on miał być drugim, po liderze solistą. Album otwiera wesoły, typowo funkowy, utwór „Fuzz”, w którym wszyscy muzycy poza liderem, łącznie z Ayersem, tworzą bogate, wielopłaszczyznowe tło dla popisu „Fatheada” na flecie. Ledwo wkręcimy się w niemal dyskotekowy klimat i…następuje radykalna zmiana. Newmana i jego team serwują nam klasyczną bluesową balladę „Precious Lord”. Lider daje nam tym razem popis gry na saksofonie – i znów jest to coś pięknego. Robi się słodziutko i lirycznie. Zaczyna się „Symphonette”. Flet jest równie liryczny i gładzi ucho, ale sekcja gra rytm typowo miejski. W sekcji kumuluje się czysty funk – idealna kombinacja twardego basu, pulsującej perkusji i pianina wzbogacającego poszczególne akcenty. Wszystko to piano, by nie przyćmić subtelności kunsztu gwiazdorów. Do tego Roy Ayers gra solo równie łagodne jak Newman. Słowem, to mój hit tygodnia i zarazem źródło sampla, którego użył J-Love i aż dwukrotnie Domino – ale o tym później. Wróćmy do dzieła Newmana. Następny utwór, „Lonely avenue”, to kolejna bluesowa ballada, klasyczna do bólu. Niemniej jednak warto zwrócić uwagę na gitarową solówkę Cornella Dupree. Kolejny, „3/4 of the time”, to jazzowa balladka w stylu lat sześćdziesiątych. Kojarzy mi się z utworkami jakie pojawiają w gangsterskich filmach Jean-Pierre’a Melville’a, gdy główny twardziel wchodzi do paryskiego nocnego klubu, a na scenie leniwie gra murzyński kwintet. W powietrzu wisi papierosowy dym, który przeszywają wzrokiem samotne, luksusowe kurwy wpatrując się pozornie zimnym, ale zaciekawionym, wzrokiem w naszego bohatera palącego przy barze szluga…Z resztą sami zobaczcie chociażby „Samuraja” – polecam. Kończąc dygresję, ostatni utwór, „Fire weaver”, to już typowy funk bez zbędnej liryki. Czysta wielkomiejska nuta. Podobny w klimacie do pierwszego utwóru, z tą różnicą, że tutaj Newmana daje popis gry na saksofonie. Podsumowując, świetna płyta. Stanowczo nie zgadzam się z recenzentem z „All music”, który napisał, że „sekcja rytmiczna jest przerośnięta”, a po przesłuchaniu całego albumu „nic nie zostaje w pamięci”. Dla mnie ta wielopłaszczyznowa sekcja to sam cymes „Lonely avenue”, a w pamięci na zawsze zostaje co najmniej główny motyw z „Symphonette”. Niestety, David Newman zmarł rok temu.

A oto efekty moich samplowych poszukiwań. Pierwszym producentem, który użył sampla z „Symphonette” był etatowy bitmejker Hieroglyphics Dominic „Domino” Siguenza. Zastosował go dwukrotnie. Raz do kawałka Casuala „Fear no evil” (można go znaleźć na „Hiero oldies vol. 2”)…

…a następnie w „What a way to go out” z albumu „93 till infinity” Souls of Mischief w 1993 roku. Nie zdziwiłbym się, gdyby zrobił dwa biciki tego samego dnia. Choć przyznacie, że pociął sampel na tyle umiejętnie, że trudno wyczuć ich wspólne pochodzenie.


Później fragment „Symphonette” wykorzystał również J-Love do stworzenia podkładu dla Large Professora. Chodzi mi o „Kool” z płyty „1st class” z 2002 roku. Wydaje mi się, że J-Love poszedł na łatwiznę. Po prostu wzmocnił rytmiczne akcenty i podbił bas. I Tyle. Ale liczy się efekt, a ten jest doskonały.


Zachęcam do zdobycia wszystkich omawianych powyżej płyt. Naprawdę warto je mieć.

środa, 16 grudnia 2009

Historia pewnego sampla VI

W pewien zimowy wieczór przeglądałem moją płytotekę. Szukałem jakiegoś jazzu służącego za podkład do przygotowania ciepłej kolacji. Kolejno odrzucałem „Maiden Voyage” Herbie’go, trójpak Cannonballa Adderleya, Shortera, Trane’a Hubbarda...Wszystkie te tytuły znałem już dobrze i lubiłem, ale zupełnie nie miałem na nie nastroju, aż wreszcie...moim oczom ukazał się album „San Francisco” Bobby’ego Hutchersona. Nada się – pomyślałem, po czym umieściłem ją w odtwarzaczu. Po chwili z głośników popłynęły dźwięki utworu „Goin’ down South”. Jakże wyborne to dokonanie! Bobby na marimbie i Harold Land na saksofonie dają w nim popis swojej improwizatorskiej wirtuozerii, podczas gdy ich sekcja utrzymuje wciąż funkowy groove (ach, jak ja niecierpie anglicyzmów, ale są takie sytuacje, w których są one nie do uniknięcia...). Nie sposób się przy tym nie zrelaksować. Może więc dlatego Geoff Wilkinson z US 3 użył sampla z tego utworu w kawałku „Lazy Day” na niezapomnianej „Hand on the torch”? Zapewne tak. Po łatwym i przyjemnym, przyszedł jednak czas na utwór trudniejszy, a konkretnie na „Prints tie”. Słuchając go, ma się wrażenie, że perkusista (Micky Roker; współpracownik, m. in, Hancocka) oraz basista (John Williams) próbują nas zahipnotyzować swą rytmiczną mantrą podczas, gdy Hutcherson, Land i Joe Sample (elektryczne pianino; członek The Jazz Crusaders) próbują delikatnie naszkicować nam na karcie podświadomości tajemnicę bytu, sekret istnienia lub nawet wiadomość z innej galaktyki (wyręczają przy tym San-Ra). Około piątej minuty, gdy Hutcherson prowadził muzyczny dialog z pianinem Sample’a, usłyszałem parosekundowy fragment, który gdzieś już słyszałem. Tylko gdzie?...Gdzie? Gdzie? Gdzie? – pytałem sam siebie, mrucząc pod nosem. Przerwałem kuchenną pracę. Nóż opadł bezwładnie w hałdkę pokrojonej cebuli. Popatrzyłem na komputer. Potem w sufit. I nie zdążyłem się srogo zamyślić, a już znalazłem odpowiedź. Ów kawałek namierzyłem na Youtube’ie i uzyskałem potwierdzenie swoich przypuszczeń – „Prints tie” zsamplował twórca bitu do piosnki „Paris sous les bombes” Supreme NTM z płyty o tym samym tytule. A kto był tym producentem? Nie kto inny jak Lucien M'Baidem. Ten sam Lucien, który był wyszydzany w kawałku „Lucky of Lucien” na debiutanckiej płycie A Tribe Called Quest. Tenże skromny artysta pochodzi z południowych rubieży Paryża. Pod koniec lat osiemdziesiątych wyemigrował do Nowego Yorku by poznać tajniki nowoczesnego bitemejkerstwa. W „stolicy rapu” szybko zyskał uznanie. Został członkiem kolektywu Native Tongues (do którego należeli, m. in., Jungle Brothers i A Tribe Called Quest) i produkował nawet dla Beatnutsów. Obecnie robi muzykę do cyklu króciutkich komediowych kreskówek „Les Lascars” (u nas znanych pod tytułem „Ziomek”). Wracając do „Paris sous les bombes”, to opowiada on o jednym z pól hiphopowej aktywności uprawianych przez Kool Shena i Joey Starra (tworzących duet NTM) – graffiti. Posłuchajcie go – nawet jak nie znacie francuskiego to flow obu panów z Saint Denis i mroczny bit wystarczą by się nim zachwycić. Choćby chwilowo. Polecam zarówno płytkę Supreme NTM, jak i „San Francisco” Hutchersona.






Pamiętajcie również o rapowej karykaturze Luciena!

wtorek, 8 grudnia 2009

Historia pewnego sampla V

Czas na kolejny odcinek z cyklu HPS. Już piąty. Znów jego bohaterami będą Wayne Shorter, Joe Zawinul oraz ich współpracownicy z Weather Report. Tym razem omawiany niżej sampel pochodzi z utworu „Young and fine” znajdującego się na ich ósmym albumie studyjnym pt. „Mr. Gone” z 1978 roku. Płyta ta nie spotkała się z aprobatą muzycznych krytyków – magazyn „Down Beat” przyznał jej jedną gwiazdkę na pięć (sic!), co rzadko zdarzało się w dziejach tegoż periodyku. Napisano, że Weather Report zrobili dla jazzu lat siedemdziesiątych to, co Paul Whiteman (lider big bandu; zarzucano mu wrugowanie z jazzu improwizacji na rzecz drobiazgowo skomponowanych utworów - WR) w latach dwudziestych – „przenieśli awangardowy jazz z małych klubów do wielkich sal koncertowych, kaptując miliony ludzi do grona wielbicieli tego gatunku”. „Sprawili, że kontrowersyjna muzyka odniosła komercyjny sukces” – komplementował ich recenzent „DB”. „Niestety” – kontynuował – „tak jak Whiteman, Weather Report przekomponowali swoje utwory”. „Jeśli band Whiteman tworzył gorącą jazzową sacharynę, to Weather Report sprawili, że ich eksperymentalne brzmienie smakowało jak naszprycowane chemią warzywo” – mocnymi słowami kończył recenzję. W odpowiedzi Zawinul powiedział w jednym z wywiadów, że „każdy kto daje tej płycie jedną gwiazdkę musi być szaleńcem”. Wsparli go również fani, którzy zasypywali redakcję magazynu listami w obronie wartości muzycznej „Mr. Gone”. Co więcej, sztuka obroniła się sama, bo album szybko uzyskał status „złotej płyty”. Pomimo tego, moje spojrzenie na ten album bliższe jest optyce „Down Beat’u”. Po przyjściu Jacko Pastoriousa i paru innych roszadach w składzie, Weather Report był coraz bardziej dominowany kompozycyjnie przez Zawinula, który lubował się w syntetycznym brzmieniu piskliwych syntezatorów. Jeśli na „Heavy Weather”, albumie poprzedzającym „Mr. Gone”, aranże i muzyczne wizje trzech kompozytorów zespołu brzmiały harmonijnie, to już rok później, jak ślicznie napisał „DB”, przekomponowali. Zabrnęli w syntetyczną słodycz ze słabo wyczuwalnym rytmem. Można rzec o tej płycie, parafrazując wyświechtany aforyzm Woltera, że eksperymenty Weather Report były wrogami ich starych, dobrych płyt. Moją opinię wesprę plikiem dźwiękowym z utworem „Young and fine” zaaranżowanym i skomponowanym przez Joe Zawiunula, a wykonanym (oprócz wymienionego już klawiszowca) przez: Wayne'a Shortera (saksofon tenorowy), Steve’a Gadda (perkusja), Petera Erskine’a (hi-hat) i Jacko Pastoriusa (bas).


Na koniec można powiedzieć jedną pozytywną rzecz o „Mr. Gone” – jest to bezcenna skarbnica sampli i unikalnych dźwięków, które były, są i będą używane. A oto dokonania niektórych rap producentów, którzy je zastosowali.
Pierwszymi, którzy zsamplowali „Young and fine” byli Tribe Called Quest. Zdobytą próbkę użyli w produkcji kawałka „Butter” na płytę „The Low End Theory” i, jak zwykle, zrobili to lepiej niż inni.


Drugim prezentowanym twórcą, który skorzystał tegoż utworu Weather Report był Dj Jazzy Jeff. Jego elementy można znaleźć w otwierającym album „The magnificent” (rocznik 2002) tracku pt. „Da Ntro”. Zwracam uwagę na gościnny występ Baby Blaka – doskonałego rapera o charakterystycznym głosie – który od 2003 roku nie wydał nowej solowej płyt. A powinien, bo „Once you go blak”, jego debiut, był naprawdę fenomenalny.


Trzeci kawałek powstały na motywie z „Young and fine” to „Dirty Dick”, który można usłyszeć na solowym albumie J.Sandsa „The Breaks vol. 1”. Polecam go szczególnie tym, którzy znudzili się erotykami Petrarki i Byrona. Ten utwór jest nie tylko hymnem pochwalnym na cześć dynamicznie rozkwitającego uczucia w epoce megaprocesorów i GPSu, ale również poruszającym sumienie męskim moralitetem higienicznym. Polecam resztę tej płyty każdemu wielbicielowi rapu.

niedziela, 22 listopada 2009

Historia pewnego sampla IV

Idę za ciosem. Ostatnio było Weather Report – Zawinul, Shorter i inne poważne, nobliwe nazwiska. Teraz sięgniemy na niższą półkę. Na poziom muzyki didżejów w supermarketach. Oto wezmę dziś pod lupę loopy zrobione z sampli pobranych z hitu „Love hangover” Diany Ross z albumu pt. „Diana Ross” wydanego nakładem Motown w1976 roku. Jest to tylko jeden wielu przebojów tej wokalistki, które okupowały pierwsze miejsce listy Billboardu. Innym był na przykład „Street life”, tak ukochany przez marketowych umilaczy zakupów (z resztą nie tylko przez nich; Keith Murray na swoim trzecim albumie, „It’s a beautiful thing”, miał utwór oparty na motywie przewodnim tej piosenki; nazywał się „Life on the street” i była to chyba najbardziej dynamiczna produkcja, która wyszła spod serdelkowatych palców Erica Sermona). Wracając do sedna sprawy, break tak ukochany przez rapowych producentów znajduje się na początku „Love hangover” i jest tak chwytliwy, że nie sposób być wobec niego obojętnym. Aż się prosi by go zapętlić. I cóż tu się będę rozpisywał? Kolejny komercyjny hit wytwórni Motown w jej złotych czasach. Na sukces pani Ross pracowało wielu ludzi, w tym Hal Davis, producent płyty, odpowiedzialny za rozkwit karier, między innymi, „The Jackson 5”, „The Supremes” i Marvina Gaye’a. I to by było na tyle o Dianie Ross, ponieważ niespecjalnie ją lubię. Ale wolę taki pop niż Rihannę i całe to współczesne tałatajstwo, co pokazuje na teledysku „łoniaki” myśląc, że tak nadrobi brak talentu.

Motyw z „Love hangover” pojawił się na płycie „We can’t be stopped” Geto Boys. Konkretnie w utworze „The other level”, w którym Bushwick Bill chwali się swymi seksualnymi przygodami. On również jest autorem bitu.

Kolejnym bitmejkerem, który wykorzystał sampel z piosenki Diany Ross jest Boom Bass (członek francuskiego duetu producenckiego Cassius, parającego się na co dzień house’em). Kawałek „Paradisiaque”, który współtworzył, znajduje się na płycie MC Solaara pod tym samym tytułem. Z resztą był to singiel promujący ten album (mam oryginał na kasecie - Hehe!).

Ostatnim z omawianych dziś producentów jest sam O$ka, odpowiadający za muzykę w zapomnianym już dziś warszawskim duecie OMP (Olimpu Muzyczna Plejada). Próbkę z „Love hangover” użył w kawałku pt.„Oempe” na ich debiutanckiej płycie „Wilanów…zobacz różnicę”. Przyznacie, że jakość techniczna tego bitu pozostawia wiele do życzenia, a flow Janonowakka dopiero zaczyna się rozwijać (niech użyję tego eufemizmu). Niemniej jednak był to jeden z ciekawszych zespołów na polskiej scenie rapowej pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Szkoda, że już nie istnieją. Ciekawe, jak by się rozwinęli? Zapowiadali się nieźle. Pierwszy raz usłyszałem ich na legendarnej składance DJ 600 Volta „Hip hop - produkcja” z 1998 roku. Utwór „Ogród zwany Eden” zna każdy starszy fan rapu znad Wisły. O$ka miał na koncie wiele udanych produkcji. Moim faworytem była składanka „Kompilacja 2”. Słuchałem jej zawzięcie – „Trzeba wiedzieć” z Ashem, „Złota rybka” z Łoną czy „Mam problem” z Grammatikiem – i byłem zachwycony…i ktoś mi zajebał tę kasetę. Jak to w Pionkach bywało, kiedy się coś pożyczało chłopo-robotniczej dziatwie. Niemniej jednak, lubię produkcje O$ki…

wtorek, 17 listopada 2009

Historia pewnego sampla III

Bohaterem trzeciego, długo nieobecnego na blogu, odcinka HPS jest zespół Weather Report. Nie trzeba, go chyba przedstawiać, ani zbytnio reklamować – znają go wszyscy, którzy chociaż otarli się o jazz epoki fusion. Nazwiska firmujące ten projekt – Zawinul i Shorter – również nie należą do tych „nic nie mówiących”. I jedyne co zrobię, to przykleję im etykietkę – ich twórczość jest KONTROWERSYJNA. Wśród znanych mi koneserów muzyki, ich charakterystyczne brzmienie (rozpoznawalne głównie po „zawinulowskiej, piszczałkowej elektronice klawiszowej”; Austriak był pionierem syntezatorów, które zaczęły pojawiać się w latach siedemdziesiątych) oraz równie osobliwe aranże (nieregularne; czasem chropowate, czasem liryczne i spokojne, ale nigdy nie monotonne, z częstymi zmianami rytmu) są raczej potępiane. Pewnie dlatego, że ich kawałki „nie bujają”, a nad ich twórczością trzeba się li tylko odrobinę skupić. A ludzi zdolnych do aż takiego wysiłku psychicznego znam niewielu. W końcu należę do pokolenia, które wyrosło na wielce „kontemplacyjnych” i „wysublimowanych” gatunkach muzycznych jak metal, techno, house czy wreszcie…rap.
Dziś, z bogatej dyskografii Weather Report, wyjąłem ich czwarty, studyjny album, „Misterious traveller” z 1974 roku. Przesłuchałem go. Tytułowy utwór, już na „pierwszy rzut ucha”, jest wspaniały. Jego autorem jest Wayne Shorter (na każdej płycie przez niego współtworzonej, umiem rozpoznać jego kompozycje po tym, że…są to utwory, które z miejsca przypadają mi do gustu - czy to album Lee Morgana, Jazz Messengers, czy Milesa Daviesa). Na początku tego kawałka, nastrój mrocznej tajemniczości inicjują niepokojące elektroniczne dźwięki. Potem znienacka pojawiają się agresywne akordy na pianinie i bass. Niepewność wzrasta – co to jest? Skąd dochodzą te dźwięki? KTO TAM?! Wreszcie wchodzi perkusja - widzimy tajemniczego wędrowca w całej okazałości. Możemy dostrzec jego zasępione oblicze. Twarz pooraną przez czas i wysmaganą wiatrem bezkresnych równin. Jego sylwetka jest ciemna i niewyraźna w szarym świetle kończącego się, jesiennego dnia. Skąd przyszedł? Dokąd zmierza? Te pytania wiszą w powietrzu, ale nikt ich nie zada. Nieznajomy zdaje się widzieć tylko swój cel, nadprzestrzeń. Mija nas. Idzie dalej, stapia się z szarością. Po chwili jego kroki milkną. Zostaje tylko intrygujące wspomnienie...
W tej zielonej herbacie nic nie było, a jednak…pewne omamy wystąpiły. Tytułem zakończenia dygresji trzeba zastrzec, że ten utwór wyróżnia się na tle innych dokonań Weather Report kolejno: mrocznym nastrojem, agresywnością, jest dynamiczny i rytmiczny, a Zawinul posługuje się niskimi dźwiękami (nie ukrywam, że jego „popiskiwanie” w wysokich tonacjach na syntezatorze jest często irytujące…). Wszystkie elementy tworzą doskonałą, nastrojową harmonię. A do powstania tego dzieła przyczynili się: Wayne Shorter (sax i inne), Joe Zawinul (klawisze i efekty), Alphonso Johnsona (bas), Ishmael Wilburn i Skip Hadden (perkusja) oraz Dom Um Romao (konga itp.).


W erze hip-hopu wyjątkową karierę zrobiły agresywne akordy na pianinie z „Misterious travellera” (chociaż te niepokojące dźwięki na początku także słyszeliście pewnie na niejednej płycie). Ten sampel idealnie nadaje się do jakiegoś ostrego, ulicznego kawałka. Wystarczy nie spieprzyć aranżu perkusji, basu…i mamy hit gotowy. Poznajmy więc tych, którzy poszli na łatwiznę, doceniąc przy tym ich „nos” do sampli.
Najnowszy prezentowany tu utwór, „Sucks don’t respekt it”, pochodzi z wydanego 1998 roku albumu Rasco pt. „Time waits for no man” (zaburzyłem chronologię, ponieważ właśnie ten utwór znam najdłużej; miałem tę płytę tuż po jej wyjściu w Stanach). Autorem podkładu jest Peanut Butter Wolf – producent i właściciel znanej wytwórni „Stones Throw”. Dodam jeszcze, że reszta „Time waits…” Rasco jest nie gorsza. Polecam.


Następnie mamy „Dangerous” efemerycznego twórcy rapu z drapieżnym flow, niejakiego Bas Blasta. W 1994 roku wydał ten singiel i zniknął. Za bit, który w końcu interesuje nas najbardziej w tym cyklu, odpowiada duet producencki The Groove Merchatz, w składzie Godfather Don (dosyć znany w nowojorskim podziemiu; lubi surowe i mroczne bity) oraz Victor Padilla.


A na koniec tytułowy utwór z klasycznej płyty Kool G Rapa „4, 5, 6”. Za produkcję odpowiadał tu Dr. Butcher, związany z grupą didżejską „The X-Men” (później „The X-ecutioners”, już bez niego w składzie). Tu też, oprócz poniższego tracku, należałoby poznać całą płytę.

poniedziałek, 26 października 2009

Souls of Mischief - Tell me who profits

Skoro już pojawili się na tym blogu zarówno Eddie Henderson, jak i Souls of Mischief, to postanowiłem znaleźć jakiś łączący ich wątek. Jest nim oczywiście, jak to na tę witrynę przystało, sampel. Nicią łączącą okazał się motyw pianina z utworu „Inside You” Eddie’go Hendersona. Pochodził on z płyty „Heritage” wydanej w 1977 roku. Dodam tylko, że nie została ona wyjątkowo doceniona przez krytyków, z wyjątkiem tego właśnie singla. Szesnaście lat później zrobił z niego dobry użytek Casual – stworzył bit do „Tell me who profits” na debiutancki album „93 till infinity” Souls of Mischief. Szczerze – Casual nie jest zbyt dobrym bitmejkerem i na każdej płycie Hiero, jego produkcje wypadają najgorzej (w przeciwieństwie do jego zwrotek). No cóż, tym razem nawet jemu się udało.



czwartek, 22 października 2009

Lee Morgan "Gigolo"

Nadeszła „jesieńzima”. W związku z tym smutnym faktem musiałem ponownie skonfigurować moje playlisty. Chciałem by wypełniające je utwory korespondowały z moim minorowym nastrojem i paskudną aurą za oknem…Cóż więc lepiej pasuje do smutnej nostalgii zziębniętej istoty niż twórczość Johna Coltrane’a i jego kwartetu? Chyba nic, chciałem sobie odpowiedzieć, ale niespodziewanie na mojej drodze życia pojawił się J.Rawls i skierował moje myśli w zupełnie innym kierunku. Oto spytał się mnie czy znam historię trębacza Lee Morgana, bo jego kumpel John Robinson chce mi ją opowiedzieć. Mówię, że wiem, że Lee grał na trąbce u Blakey’go i McLeana…i wiem, że wciągał kokę…i wiem…I wtem mnie zagłuszyli biografią ów Morgana. Wysłuchałem uważnie, i muszę stwierdzić, że Rawls mógł się bardziej postarać, a ospały Robinson, imający się ambitnych, lecz niezbyt udanych, projektów jak „Scienz of life”, powinien nagrywać dla „Prosto” (na przykład współpraca z dynamicznym Fu mogłaby „wzbogacić jego technikę i poprawić dykcje”), albo odbyć inną formę pokuty. Na przykład wziąć Kasię Skrzynecką by zaśpiewała mu refren tak słodki jak ten, który wydobyła była z siebie dla Mezo. Zostawmy jednak dwóch Panów J – może się poprawią. Ich niewątpliwą zasługą było wskazanie mi twórczości Lee Morgana jako terytorium poszukiwań potencjalnych hitów. Udało się! Pośród bopowych „krzaczków”, jakie przeważnie sadził ów trębacz, znalazłem jedno zdrowe, coltrane’owskie „drzewo” – efekt jego współpracy z genialnym aranżerem-saksofonistą Wayne’m Shorterem, pianistą Mabernem, basistą Cranshawem i perkusistą Higginsem. Słyszycie jak Mabern wciela się w McCoya Tynera, a Shorter w „Trane’a”? Brzmi to wszystko bosko! Przy „Gigolo” reszta płyty wypada blado. Posłuchajcie zatem.