Ostatnio było miękko – pieściłem was instrumentalnym utworem Grovera Washingtona. Dziś powrócę do prawdziwego funku, z dużą ilością wokalu, trąbkami i pajęczynowej gitarowej mantry. The Bar-Keys – bo tak nazywa się formacja, która stworzyła prezentowany dziś sampel – narodziła się w okolicznościach przypominających mi warunki powstawania „pojednawczego i ciepłego” wizerunku Jarosława Kaczyńskiego. Co ma jedno do drugiego? Zacznijmy od początku. W 1967 roku, w muzycznym mieście Memphis, Otis Redding – cieszący się niejaką sławą piosenkarz soulowy – zebrał zespół z którym wyruszył na tour po Stanach. Niestety, gdy lecieli na koncert do Wisconsin rozbił się ich samolot. Zginął Redding i większość jego zespołu. Przeżyło tylko dwóch muzyków – trębacz Ben Cauley (był w feralnym samolocie!) oraz basista James Alexander (był w innym samolocie). Obaj postanowili, że odbudują zespół. Nie dość, że szybko osiągnęli swój cel, to od razu nagrali swój największy hit – „Soul finger”. Od tamtej pory byli w czołówce amerykańskiego funku, aż do początku lat osiemdziesiątych, kiedy to styl w którym tworzyli wyleciał za burtę mainstreamu. Co ważne, nagrywali nie tylko swoje projekty – byli także muzykami sesyjnymi na płytach innych artystów z wytwórni Stax, takich jak sam Isaac Hayes. Piosenka „Fightin' Fire With Fire” z albumu „Coldblooded” (1974) też należy do hitów The Bar-Keys. Ma ten funkowy, „wyluzowany” groove - utkany z gitary, basu i perkusji – poprzetykany silnym wokalem Jamesa Alexandra i energicznymi wtrętami dęciaków. Piękna rzecz, a szczególnie fragment (3:05-3:23), który przypadł do gustu paru rapowym producentom.
Pamiętacie czasy Kriss Kross, Shyheima i innych dzieci-raperów? Nowojorczyk Chi-Ali zaczął swoją karierę w 1992 roku, gdy miał 14 lat. Jego debiutancka, i jedyna, płyta „The Fabulous Chi-Ali” zdobyła niewielką popularność w porównaniu z wyżej wymienionymi artystami - nie ma się co dziwić, „Jump” Kriss Kross było jedyne i niepowtarzalne. Słuchanie obleśnych i głupich tekstów wydeklamowanych wysokim dziecięcym głosem nie należy do przyjemności. Przynajmniej dla mnie. Mimo wszystko warto sięgnąć po tę płytę, ponieważ można usłyszeć pierwsze produkcje Juju i Psycho Lesa. Są wyborne! Do nich należy „In my room”, gdzie wykorzystano sampel z wyżej wymienionej piosenki The Bar-Keys. Na koniec dodam, że Chi-Ali skończył tragicznie. Wypadł ze światka rapowego od razu po nagraniu płyty. Było o nim cicho aż do 2001 roku, kiedy został skazany za morderstwo – zabił brata swojej dziewczyny, bo pokłócił się z nim o 300 dolarów…
Kolejnym producentem, który zastosował próbkę z „Fightin' Fire With Fire” był DJ Clyde. Ten producent, członek grupy Assassin (jednego z pierwszych francuskich zespołów rapowych), zasłynął w szerokim świcie głównie dzięki wyprodukowaniu połowy kawałków na płytę Supreme NTM „Paris sous les bombes”, którą już tu wielokrotnie przedstawiałem. Tam też znajdziecie utwór „La reve”. Jest genialny, czyż nie?
Trzecim użytkownikiem tego sampla był legendarny raper i producent z Vancuver Moka Only. Omawianą próbkę wykorzystał w bicie do „Funky rhyme alude” z płyty „Summer notations”. Album ten wydał razem z południowokalifornijskim raperem Nebz Supreme’em jako The Summa Sound Clinic. Jest to bardzo dobra pozycja. Biorąc pod uwagę ogrom kiepskich albumów, z ogranymi chwytami lub chybionymi innowacjami, ten broni się całkiem nieźle. Moka Only robi łagodne i bujające podkłady, do których idealnie pasuje głos i flow Nebz Supreme’a. Doskonały ulepszacz relaksu z piwkiem w wiosenne popołudnie. Posłuchajcie – hip hop jeszcze nie umarł…
Co łączy Modesta Musorgskiego, Jeffreya Lebowskiego, Smerfy i Opio z Hieroglyphics? Tylko 10 sekund z pierwszego z tych utworów – pomiędzy 33 a 43 sekundą. Kojarzycie?
Czas się trochę ukulturalnić - wyjść poza ramy czarnej, amerykańskiej muzyki. Nie na długo, oczywiście, ponieważ na muzyce klasycznej, od której dziś chce zacząć, znam się powierzchownie. Od dzieciństwa jestem bombardowany przez moją mamę, babcię i siostrę utworami Bacha, Beethovena i Chopina w różnych wykonaniach. Znam tylko podstawowych twórców i ich najważniejsze utwory. Do tej grupy należy, między innymi, Claude Debussy i preludium do „Popołudnia fauna”. Pewnie wielu z was także poznaje grany na flecie motyw otwierający utwór. Przypuszczam, że wykorzystano go wielokrotnie jako podkład dźwiękowy w bajkach dla dzieci, filmach fantasty czy serialach przyrodniczych. Przesłuchajcie całość – to naprawdę miłe dla ucha. Relaksuje w mig. A jak się jeszcze na szybko wypije coś mocniejszego – tak jak ja teraz - to nawet można zobaczyć tego fauna wchodzącego na łąkę w blasku letniego słońca. Widzę to błękitne, bezchmurne niebo. Mogę usłyszeć trawę szumiącą na wietrze i delikatne kroczki fauna, który powoli bieży, kontemplując krajobraz z błogim uśmiechem na twarzy. Czuję ten delikatny powiew we włosach i zapach wilgotnej gleby palonej prze słońce, jak w Kazimierzu na łąkach pomiędzy Czerniawami a Kwaskową Górą. Ile bym dał za to żeby być tam teraz i raczyć się „Perłą” w jakimś wiśniowym sadzie…Ze szczęścia chyba stałbym się faunem i puścił galopem na Słoneczną po jeszcze jeden browar…i następny, i następny…Do utraty tchu i zdarcia racic…A tymczasem, ponieważ moja wizja urwała się, muszę wam wyjawić cel tej całej paplaniny. Otóż chciałem wam pokazać pełen cykl mutacji preludium do „Popołudnia fauna” – od oryginału, poprzez jazz-funk, do rapu. Na początek daję pierwszą wersję, stworzoną przez Claude’a Debussy’ego około 1890 roku.
Utwór Debussy’ego zainspirował Eumira Deodato – brazylijskiego kompozytora i producenta muzycznego znanego ze współpracy z Kool & The Gang. Jego wersję preludium do „Popołudnia fauna” możecie znaleźć na jego pierwszym nagranym w USA solowym albumie, „Prelude”. Kompozycja Deodato nie wywołuje u mnie podobnych doznań. Mimo to utwór robi wrażenie. Nie tylko ciekawym, funkowymm, „przearanżowaniem”, ale również…składem zespołu. Na perkusji gra Billy Cobham, na flecie Hubert Laws, na basie Ron Carter, na basie elektrycznym Stanley Clarke, na instrumentach perkusyjnych Airto Moreira, na kongach Ray Baretto – to kolejny „mecz gwiazd” pod okiem Rudy’ego Van Geldera. Warto znać całą tę płytę.
W rapie, ten utwór Debussy’go znalazł się tylko nominalnie, ponieważ sampel jaki wyciął Jay-biz do bitu w „Feeling for the flow” pochodził właśnie z preludium do „Popołudnia fauna” Deodato (1:47-2:00). Do podkładu rymują Casual i Pep Love – najlepsi MC z mojego ulubionego składu, Hieroglyphics. „Feeling for the flow” znajduje się na drugiej części składanki „Hiero Oldies”. Polecam.
Staram się prezentować taką muzykę sprzed lat, która ma większą wartość niż tę, wynikającą z faktu jej zsamplowania. Niestety, nie zawsze mi się to udaje. Czasem po prostu trafiam na znajomo brzmiący fragment kiepskiej piosenki i cóż…zaraz dodaje go do swoich blogowych rezerw. Tak było i tym razem. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie mając na uwadze, primo, żałobę narodową, która swoją atmosferą zmusza mnie i was do samobiczowania (tym bardziej dotkliwego im bardziej nie darzyliśmy sympatią niektórych ofiar Smoleńskiej Gehenny), secundo, symbolikę liczb – to trzynasty odcinek HPS, a to nic dobrego nie wróży. Zatem zapraszam wszystkich romantycznych pokutników-masochistów na wspólne oczyszczające duszę męki - zada je nam kat z Cleveland, Bobby Womack. „And I love her” to piosenka The Beatles z 1964 roku. Osiem lat później, na swojej płycie “Understanding”, Bobby Womack przerobił ją nie do poznania. Spowolnił tempo, wydłużał każde słowo i powtykał pomiędzy nie mnóstwo ozdobników. Dodał wzmagające nostalgię skrzypeczki. Z rockowej balladki zrobił dramatyczny miłosny manifest. Można odnieść wrażenie, że jego uczucie przeraża go swoim ogromem. Jest jak wielki cukierek, który dźwiga na plecach. On naprawdę KOCHA go dźwigać, ale nie wie jak długo da radę go utrzymać. Dlatego też jego rozdzierający śpiew brzmi jak apel o pomoc. „Pomóżcie mi, bo ta MIŁOŚĆ zaraz mnie przygniecie” – daje do zrozumienia Womack. Przez całą piosenkę krzyczy, jęczy i zawodzi jakby zaraz miał paść i umrzeć. Piosenka ma beznadziejny tekst, ale nie ulega wątpliwość, że mówi o miłości szczęśliwej. Bobby zaśpiewał ją tak jakby był cyganką biadolącą nad grobem zmarłego męża. Jego interpretacje da się porównać do jednego z tragicznych wydarzeń w historii Polski – „Mazurka Dąbrowskiego” wyśpiewanego przez Edytę Górniak na mundialu w Korei. Ci, co go słyszeli uchwycą analogię w mig, a tych co nie dostąpili tej przyjemności odsyłam na Youtube. Tym samym zakończę czepianie się stylistyki R&B/soul. W końcu nie wszystkich wykonawców tego gatunku muzycznego potępiam. Dla mnie najważniejszy był początek utworu, gdzie znajduje się sampel użyty przez Willie’go Gunza, 9th Wondera i Ośkę.
Willie Gunz wyciął początek piosenki. Dodał perkusję…i wsio. „Pose ton gun” to jego jedyna produkcja na wybornej – nieraz tu wspominanej - płycie „Supreme NTM”. Co do samego Willie’go, to nie jest on ani znanym, ani wybitnym twórcą. Jest koleżką Pete Rocka i A.D.O.R’a. Od czasu do czasu wrzucał pojedyncze bity na albumy ich wspólnych znajomych, typu YG’s.
9th Wonder przyciął sampel trochę inaczej ale dodał do niego swój charakterystyczny zestaw – mocną stopę i przesterowany, pierdzący bas. Brzmi nieciekawie. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu lubiłem jego produkcje, a szczególnie debiutancki album Little Brothera, „The Listening”. Teraz, po przesłuchaniu „Speed”, tylko boli mnie głowa…Znów samobiczowanie…
A na koniec Ośka. Przyznacie, że on uczynił z tej próbki najlepszy pożytek, choć podobieństwo do bitu Gunza jest spore. Po prostu dołożył fajniejsze bębny. Co do samego teledysku, to proszę zwrócić uwagę jakie doskonałe graffiti znajduje się za Nr Razem. Czyżby wspomogli go domorośli artyści spod znaku „Spoko dzieciak”? Na koniec proszę zwrócić uwagę na prawdziwy hiphopowy chód Numera i jego ziomków – coś pomiędzy Herr Flickiem z Gestapo a Forestem Whitakerem w „Ghostdogu. To jest dopiero miejski szyk i smak.
Ostatnio znów przypadkowo znalazłem sampel z utworu, do którego ciężko by było mi trafić, gdybym kierował się w eksplorowaniu youtube’a jedynie moimi gustami, stąpając po wydeptanych muzycznych szlakach. Znów zgubiłem drogę i znalazłem dziwnie znajomy utwór. Przynajmniej pierwsze nuty były mi dobrze znane. Któż to? Patrzę: wykonawca – Joni Mitchell, tytuł – Edith and The Kingpin (1975, „The Hissing Of Summer Lawns”). Wsłuchałem się w jej łagodny głos, elektryczne pianino (Joe Sample – mistrz z Jazz Crusaders), flet. Cudowna balladka. I ta inwokacja na gitarze stająca się głównym motywem…Za pierwszym przesłuchaniem chciałem to wyłączyć - nie znoszę białych wokalistek a la Tori Amos - ale później się przekonałem. Pomimo tego, że to kolejna piosenka o podrywie w barze. Wrażliwa Edith i lokalny gangster. Historia stara jak świat z której żyły pokolenia bardów, minstreli, wioskowych dziadów i cygańskich muzykantów. A jednak jej wysłuchałem. Starzeje się. Nie tylko ja to zrobiłem. Musieli to zrobić jeszcze E-Swift i Ostry.
„Edith and The Kingpin” wydał mi się „dziwnie znajomy”, ponieważ główny motyw z niego usłyszałem 10 lat temu w kawałku „Lowlands Anthem (pt. 1)” na płycie „Focused Daily” Defari’a. Za bit i skrecze odpowiada E-Swift, wtedy etetowy producent The Alkoholiks. Spokojny, brzmiący sentymentalnie instrumental genialnie pasuje do tekstu Defari’a poświęconego pięknu jego rodzimego miasta i stanu – Los Angeles i Kalifornii. Utwór należy do najlepszych na krążku. Wielu moich znajomych mówi, że to raczej przeciętna płyta. Ja mam do niej sentyment i uważam, że jest całkiem dobra – kojarzy mi się z licealną beztroską i pisaniem życiowych planów patykiem na wodzie. Poza tym kupiłem ją drogo i, jak zawsze w takich wypadkach, koszty jakie poniosłem podnoszą w moich oczach jej wartość artystyczną. Zaręczam was, że jest to czynnik o niewielkim wpływie. Naprawdę warto ją poznać. Za produkcję, poza E-Swiftem, odpowiadają Alchemist i Evidence, którzy wtedy stawiali swoje pierwsze kroki. Tak dobrych utworów jak „405 Friday’s”, „Checkstand 3” i „Focused Daily” się nie zapomina. Tak jak chce się zapomnieć o takich niewypałach jak „Never lose touch”, „Yes indeed” i „No clue”.
Po tę piosenkę sięgnął również Ostry. Przesłuchajcie bit do kawałka „Problemy” na pierwszym CD „Jazzu w wolnych chwilach”. Brzmi dosyć smutno i refleksyjnie - tak jak produkcja E-Swifta. Tylko Ostry, jak prawie w każdym kawałku z płyt po „Masz to jak w banku”, napisał tekst o niczym. Jestem pewien, że po prostu pisał wszystko, co mu się skojarzyło z tą muzyką. Byle do rymu i do taktu. Po czym to nagrał. Flow jest, jak zwykle u niego, perfekcyjnie skrojony. Przekazu zero, ale jego rapowy wdzięk obraca każdy bełkot w złoto, a instrumentale są z płyty na płytę coraz lepsze. Za to go szanuję i uwielbiam. To największy działający polski MC i producent. I koniec.
Postanowiłem zintensyfikować moją działalność w związku z niekontrolowanym przyrostem nowych muzycznych odkryć. W okrągłym już – dziesiątym – HPSie zamierzam zaprezentować trzy wcielenia sampla pobranego z piosenki „Funky Song” zespołu Ripple. Była to grupa stosunkowo mało popularna w latach siedemdziesiątych zespół R’n’B funkowy z Michigan. Na liście przebojów R’n’B furorę zrobiło tylko kilka ich singli, między innymi „I Don't Know What It Is, but It Sure Is Funky” (11 miejscu), „Willie Pass the Water” (miejsce 27) i właśnie „Funky song” (dopiero 41). Przy czym wszystko co najlepsze w ich twórczości zmieściło się na ich debiutanckim krążku „Ripple” z 1973 – cieszyli się raczej sezonową sławą. Ich prezentowany tutaj utwór zaczyna od kilku szybkich i wysokich akordów na gitarze (ti-tu-ti-tu-ti tu-tu – w zapisie mocno nieformalnym). Niby kilka dźwięków z przeciętnego wytworu funkowej belle epoque, a jednak Madlib, Explicit Samourai i Kenny Segal potrafili zrobić z nich świetne bity. Posłuchajcie najpierw Ripple.
Gitarkę z „Funky song” w 1999 roku pociął, i całkiem sensownie potem poskładał, sam Madlib. Dokonał tego w bicie do „Trouble N Da West (Who's Crew?)” z pierwszej płyty Declaime’a „Illmindmuzik” (wyprodukował ją całą). Wśród rapujących słyszymy, kolejno, Evidence’a, Wildchilda, Madliba i Declaime’a – przyznacie, że każdy z nich wykonał dobrą robotę. Słucham tego od 10 lat i jeszcze mi się nie znudziło! Co do pozostałych kawałków na płycie to jest różnie. „Roll’em right” i „Let it be known” są fenomenalne – relaksujące, oparte na gitarowych, „zakurzonych”, trzeszczących samplach idealnie współgrających ze skrzekliwym głosem i leniwym flow Declaime’a. „Illmindmuzik” zostało obdarzone bitem, który brzmi jakby stworzył go kataryniarz z perkusistą orkiestry strażackiej. Jest to połączenie hipnotyzujące, a przy tym nie usypiające, szczególnie dzięki wokalowi Dudleya Perkinsa (jak brzmi prawdziwe imię i nazwisko Declaime’a). „World domination” i „Wicked ways” są kiepskie. Mocna perkusja i minimum sampli. Reasumując, jest to płyta dobra, choć o bardzo zróżnicowanym poziomie utworów. Warto ją znać.
Następny kawałek, gdzie możemy znaleźć omawiany sampel, to „Bling bling (street chic)” z albumu „RAP” (2005) formacji Explicit Samourai (w składzie Leeroy Kesiah, Specta i DJ Eddy Kent). Ten bicik jest owocem kolektywnej pracy zespołu. W odróżnieniu od Madlib nie cięli tego sampla tak krótko, nie przetasowali go po swojemu, tylko po prostu zaloopowali. Do tego dołożyli jeszcze „próbkę” instrumentów dętych – i już było pięknie! A żeby było jeszcze lepiej, to część rytmiczną zrobili nie tylko z handclapów, stopy i basu, ale również z bębenka. Wyszedł im kawałek mocno bujający, wręcz taneczeny, który wspaniale pasuje do doskonałego technicznie i niebanalnego stylu rymowania Leeroy’a i Specta’y. W końcu obaj panowie wywodzą się ze znanej, lecz nieistniejącej już niestety, francuskiej grupy Saian Supa Crew (to taka europejska wersja Freestyle Fellowship zafascynowanych beatboxem i stawiających na doskonalenie formy kosztem treści) słynącej z wokalnej wirtuozerii. Z resztą Explicit Samourai występowali w Polsce, więc może ktoś z was już o nich słyszał. Ci, co ich nie znają, niech ocenią całą „RAP” sami.
Ostatni producentem, który znalazł się tu przez używanie „Funky song”, jest Kenny Segal. Jest to niemłody już bitmejker i dzidżej powiązany z Project Blowed, czyli muzycznym plemieniem wodza Aceyalone’a, składającym się głównie z weteranów podziemia LA, którzy zaczęli swoje kariery w „Good life Café” w połowie lat dziewięćdziesiątych. Jego instrumentale można było znaleźć na solowych płytach właśnie Aceyalone’a oraz Abstarct Rude’a, Myke 9, The A-Team i Haiku d’Etat. Swój pierwszy producencki album – „Ken can cook” - nagrał dopiero w 2008 roku. Z niej pochodzi prezentowany poniżej singiel „Backyard BBQ”. Sampel z hitu Ripple został tu trochę spowolniony i rozciągnięty. Ma tu niewielką rolę – właściwie wzbogaca rytm. O sile tego utworu decydują raperzy i ich zróżnicowane stylowo zwrotki: śpiewający Abstarct Rude, zdyscyplinowani Nocando i Aceyalone oraz zwariowany Busdriver. Ten kawałek z pewnością zasłużenie wybrano do promocji płyty. No i jeszcze ta brunetka z teledysku…Mmmm. Przyjrzyjcie się jej uważnie. Kończąc, chciałem wam polecić całą płytę Segala – pojawiają się na niej najlepsi MC z Project Blowed, a Kenny prezentuje nam wiele swoich muzycznych oblicz (ma ich więcej niż Światowid!) i każde z nich powinno przypaść wam do gustu. Szczególnie jeśli lubicie jazzowe sample zrobione „na twardo”, a nie „na miękko”, w stylu Jazz Liberatorz i Dela.
Wracam po ponad miesięcznej nieobecności. Boże Narodzenie i karnawał wpłynęły negatywnie na moją aktywność blogerską, za co przepraszam grono stałych obserwatorów. Mea culpa. Postaram się nadrobić te zaległości. Dzisiaj ponownie sięgnę do muzyki z lat siedemdziesiątych, z tą różnicą, że bohater będzie mniej znany niż Bobby Hutcherson i Diana Ross. Odsłaniam kurtynę – będzie nim David „Fathead” Newman. Newman urodził się w 1933 roku w Teksasie. Swoją ksywę zawdzięcza nauczycielowi muzyki ze szkoły średniej, który bił go po głowie linijką i wyzywał od „zakutych łbów” („fathead”), gdy zauważył, że młody David nie umie czytać nut. Swoje muzyczne wykształcenie odebrał w Dallas – uczył się gry na flecie i saksofonie (oprócz niego w tym mieście dorastało dwoje innych znakomitych flecistów jazzowych – Bobbi Humphrey i James Clay). Co ciekawe, równolegle ze studiami muzycznymi zgłębiał wiedzę teologiczną. Niemniej jednak, w jego późniejszym życiu artystycznym ślady odniesień do Boga możemy odnaleźć li tylko w tytułach piosenek, na przykład „Precious Lord”. Newman do „świętych” nie należał – wciągnął swojego najlepszego kumpla, z pierwszego zespołu w jakim grał na początku lat pięćdziesiątych, w narkotyki. Tym kumplem był Ray Charles. Później, gdy Ray rozpoczął solową karierę, wziął „Fatheada” do swojego zespołu i uczynił pierwszym saksofonistą. Ich współpraca układała się wspaniale aż do 1966 roku. Wtedy to Newmana postanowił zagrać w bandzie flecisty i saksofonisty Herbie’go Manna. W następnych latach nagrywał i koncertował z takimi gwiazdami jak Aretha Franklin, Joe Cocker, B. B. King czy Natalie Cole. W międzyczasie, w 1959 roku, za namową Raya Charlesa, rozpoczął swoją solową karierę, która jednak zawsze pozostawała na uboczu jego działań jako muzyk sesyjny. Początkowo grał klasyczny, bebopowy jazz. Później, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, porwała go moda na jazz-funk. Z tego właśnie okresu twórczości Newmana pochodzi płyta „Lonely avenue”. W składzie nagrywającym tę płytę znalazł się wibrafonista Roy Ayers (udziela się także na pianinie), będący w przededniu swoich „złotych czasów”, i to on miał być drugim, po liderze solistą. Album otwiera wesoły, typowo funkowy, utwór „Fuzz”, w którym wszyscy muzycy poza liderem, łącznie z Ayersem, tworzą bogate, wielopłaszczyznowe tło dla popisu „Fatheada” na flecie. Ledwo wkręcimy się w niemal dyskotekowy klimat i…następuje radykalna zmiana. Newmana i jego team serwują nam klasyczną bluesową balladę „Precious Lord”. Lider daje nam tym razem popis gry na saksofonie – i znów jest to coś pięknego. Robi się słodziutko i lirycznie. Zaczyna się „Symphonette”. Flet jest równie liryczny i gładzi ucho, ale sekcja gra rytm typowo miejski. W sekcji kumuluje się czysty funk – idealna kombinacja twardego basu, pulsującej perkusji i pianina wzbogacającego poszczególne akcenty. Wszystko to piano, by nie przyćmić subtelności kunsztu gwiazdorów. Do tego Roy Ayers gra solo równie łagodne jak Newman. Słowem, to mój hit tygodnia i zarazem źródło sampla, którego użył J-Love i aż dwukrotnie Domino – ale o tym później. Wróćmy do dzieła Newmana. Następny utwór, „Lonely avenue”, to kolejna bluesowa ballada, klasyczna do bólu. Niemniej jednak warto zwrócić uwagę na gitarową solówkę Cornella Dupree. Kolejny, „3/4 of the time”, to jazzowa balladka w stylu lat sześćdziesiątych. Kojarzy mi się z utworkami jakie pojawiają w gangsterskich filmach Jean-Pierre’a Melville’a, gdy główny twardziel wchodzi do paryskiego nocnego klubu, a na scenie leniwie gra murzyński kwintet. W powietrzu wisi papierosowy dym, który przeszywają wzrokiem samotne, luksusowe kurwy wpatrując się pozornie zimnym, ale zaciekawionym, wzrokiem w naszego bohatera palącego przy barze szluga…Z resztą sami zobaczcie chociażby „Samuraja” – polecam. Kończąc dygresję, ostatni utwór, „Fire weaver”, to już typowy funk bez zbędnej liryki. Czysta wielkomiejska nuta. Podobny w klimacie do pierwszego utwóru, z tą różnicą, że tutaj Newmana daje popis gry na saksofonie. Podsumowując, świetna płyta. Stanowczo nie zgadzam się z recenzentem z „All music”, który napisał, że „sekcja rytmiczna jest przerośnięta”, a po przesłuchaniu całego albumu „nic nie zostaje w pamięci”. Dla mnie ta wielopłaszczyznowa sekcja to sam cymes „Lonely avenue”, a w pamięci na zawsze zostaje co najmniej główny motyw z „Symphonette”. Niestety, David Newman zmarł rok temu.
A oto efekty moich samplowych poszukiwań. Pierwszym producentem, który użył sampla z „Symphonette” był etatowy bitmejker Hieroglyphics Dominic „Domino” Siguenza. Zastosował go dwukrotnie. Raz do kawałka Casuala „Fear no evil” (można go znaleźć na „Hiero oldies vol. 2”)…
…a następnie w „What a way to go out” z albumu „93 till infinity” Souls of Mischief w 1993 roku. Nie zdziwiłbym się, gdyby zrobił dwa biciki tego samego dnia. Choć przyznacie, że pociął sampel na tyle umiejętnie, że trudno wyczuć ich wspólne pochodzenie.
Później fragment „Symphonette” wykorzystał również J-Love do stworzenia podkładu dla Large Professora. Chodzi mi o „Kool” z płyty „1st class” z 2002 roku. Wydaje mi się, że J-Love poszedł na łatwiznę. Po prostu wzmocnił rytmiczne akcenty i podbił bas. I Tyle. Ale liczy się efekt, a ten jest doskonały.
Zachęcam do zdobycia wszystkich omawianych powyżej płyt. Naprawdę warto je mieć.
Przesłuchajcie i zobaczcie – proszę – dwa teledyski z najnowszego albumu Abstract Rude’a „Rejuvenation”. Co prawda płyta ukazała się już w maju ale…mi się to podoba …i tyle. Nie będę silił się na żadną obszerna recenzję, tym bardziej, że wreszcie muszę napisać coś dużego o „Montezuma’s Revenge” Souls of Mischief, których tak na mej witrynie promowałem. Pozdrawiam!
Czas na kolejny odcinek z cyklu HPS. Już piąty. Znów jego bohaterami będą Wayne Shorter, Joe Zawinul oraz ich współpracownicy z Weather Report. Tym razem omawiany niżej sampel pochodzi z utworu „Young and fine” znajdującego się na ich ósmym albumie studyjnym pt. „Mr. Gone” z 1978 roku. Płyta ta nie spotkała się z aprobatą muzycznych krytyków – magazyn „Down Beat” przyznał jej jedną gwiazdkę na pięć (sic!), co rzadko zdarzało się w dziejach tegoż periodyku. Napisano, że Weather Report zrobili dla jazzu lat siedemdziesiątych to, co Paul Whiteman (lider big bandu; zarzucano mu wrugowanie z jazzu improwizacji na rzecz drobiazgowo skomponowanych utworów - WR) w latach dwudziestych – „przenieśli awangardowy jazz z małych klubów do wielkich sal koncertowych, kaptując miliony ludzi do grona wielbicieli tego gatunku”. „Sprawili, że kontrowersyjna muzyka odniosła komercyjny sukces” – komplementował ich recenzent „DB”. „Niestety” – kontynuował – „tak jak Whiteman, Weather Report przekomponowali swoje utwory”. „Jeśli band Whiteman tworzył gorącą jazzową sacharynę, to Weather Report sprawili, że ich eksperymentalne brzmienie smakowało jak naszprycowane chemią warzywo” – mocnymi słowami kończył recenzję. W odpowiedzi Zawinul powiedział w jednym z wywiadów, że „każdy kto daje tej płycie jedną gwiazdkę musi być szaleńcem”. Wsparli go również fani, którzy zasypywali redakcję magazynu listami w obronie wartości muzycznej „Mr. Gone”. Co więcej, sztuka obroniła się sama, bo album szybko uzyskał status „złotej płyty”. Pomimo tego, moje spojrzenie na ten album bliższe jest optyce „Down Beat’u”. Po przyjściu Jacko Pastoriousa i paru innych roszadach w składzie, Weather Report był coraz bardziej dominowany kompozycyjnie przez Zawinula, który lubował się w syntetycznym brzmieniu piskliwych syntezatorów. Jeśli na „Heavy Weather”, albumie poprzedzającym „Mr. Gone”, aranże i muzyczne wizje trzech kompozytorów zespołu brzmiały harmonijnie, to już rok później, jak ślicznie napisał „DB”, przekomponowali. Zabrnęli w syntetyczną słodycz ze słabo wyczuwalnym rytmem. Można rzec o tej płycie, parafrazując wyświechtany aforyzm Woltera, że eksperymenty Weather Report były wrogami ich starych, dobrych płyt. Moją opinię wesprę plikiem dźwiękowym z utworem „Young and fine” zaaranżowanym i skomponowanym przez Joe Zawiunula, a wykonanym (oprócz wymienionego już klawiszowca) przez: Wayne'a Shortera (saksofon tenorowy), Steve’a Gadda (perkusja), Petera Erskine’a (hi-hat) i Jacko Pastoriusa (bas).
Na koniec można powiedzieć jedną pozytywną rzecz o „Mr. Gone” – jest to bezcenna skarbnica sampli i unikalnych dźwięków, które były, są i będą używane. A oto dokonania niektórych rap producentów, którzy je zastosowali. Pierwszymi, którzy zsamplowali „Young and fine” byli Tribe Called Quest. Zdobytą próbkę użyli w produkcji kawałka „Butter” na płytę „The Low End Theory” i, jak zwykle, zrobili to lepiej niż inni.
Drugim prezentowanym twórcą, który skorzystał tegoż utworu Weather Report był Dj Jazzy Jeff. Jego elementy można znaleźć w otwierającym album „The magnificent” (rocznik 2002) tracku pt. „Da Ntro”. Zwracam uwagę na gościnny występ Baby Blaka – doskonałego rapera o charakterystycznym głosie – który od 2003 roku nie wydał nowej solowej płyt. A powinien, bo „Once you go blak”, jego debiut, był naprawdę fenomenalny.
Trzeci kawałek powstały na motywie z „Young and fine” to „Dirty Dick”, który można usłyszeć na solowym albumie J.Sandsa „The Breaks vol. 1”. Polecam go szczególnie tym, którzy znudzili się erotykami Petrarki i Byrona. Ten utwór jest nie tylko hymnem pochwalnym na cześć dynamicznie rozkwitającego uczucia w epoce megaprocesorów i GPSu, ale również poruszającym sumienie męskim moralitetem higienicznym. Polecam resztę tej płyty każdemu wielbicielowi rapu.
Idę za ciosem. Ostatnio było Weather Report – Zawinul, Shorter i inne poważne, nobliwe nazwiska. Teraz sięgniemy na niższą półkę. Na poziom muzyki didżejów w supermarketach. Oto wezmę dziś pod lupę loopy zrobione z sampli pobranych z hitu „Love hangover” Diany Ross z albumu pt. „Diana Ross” wydanego nakładem Motown w1976 roku. Jest to tylko jeden wielu przebojów tej wokalistki, które okupowały pierwsze miejsce listy Billboardu. Innym był na przykład „Street life”, tak ukochany przez marketowych umilaczy zakupów (z resztą nie tylko przez nich; Keith Murray na swoim trzecim albumie, „It’s a beautiful thing”, miał utwór oparty na motywie przewodnim tej piosenki; nazywał się „Life on the street” i była to chyba najbardziej dynamiczna produkcja, która wyszła spod serdelkowatych palców Erica Sermona). Wracając do sedna sprawy, break tak ukochany przez rapowych producentów znajduje się na początku „Love hangover” i jest tak chwytliwy, że nie sposób być wobec niego obojętnym. Aż się prosi by go zapętlić. I cóż tu się będę rozpisywał? Kolejny komercyjny hit wytwórni Motown w jej złotych czasach. Na sukces pani Ross pracowało wielu ludzi, w tym Hal Davis, producent płyty, odpowiedzialny za rozkwit karier, między innymi, „The Jackson 5”, „The Supremes” i Marvina Gaye’a. I to by było na tyle o Dianie Ross, ponieważ niespecjalnie ją lubię. Ale wolę taki pop niż Rihannę i całe to współczesne tałatajstwo, co pokazuje na teledysku „łoniaki” myśląc, że tak nadrobi brak talentu.
Motyw z „Love hangover” pojawił się na płycie „We can’t be stopped” Geto Boys. Konkretnie w utworze „The other level”, w którym Bushwick Bill chwali się swymi seksualnymi przygodami. On również jest autorem bitu.
Kolejnym bitmejkerem, który wykorzystał sampel z piosenki Diany Ross jest Boom Bass (członek francuskiego duetu producenckiego Cassius, parającego się na co dzień house’em). Kawałek „Paradisiaque”, który współtworzył, znajduje się na płycie MC Solaara pod tym samym tytułem. Z resztą był to singiel promujący ten album (mam oryginał na kasecie - Hehe!).
Ostatnim z omawianych dziś producentów jest sam O$ka, odpowiadający za muzykę w zapomnianym już dziś warszawskim duecie OMP (Olimpu Muzyczna Plejada). Próbkę z „Love hangover” użył w kawałku pt.„Oempe” na ich debiutanckiej płycie „Wilanów…zobacz różnicę”. Przyznacie, że jakość techniczna tego bitu pozostawia wiele do życzenia, a flow Janonowakka dopiero zaczyna się rozwijać (niech użyję tego eufemizmu). Niemniej jednak był to jeden z ciekawszych zespołów na polskiej scenie rapowej pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Szkoda, że już nie istnieją. Ciekawe, jak by się rozwinęli? Zapowiadali się nieźle. Pierwszy raz usłyszałem ich na legendarnej składance DJ 600 Volta „Hip hop - produkcja” z 1998 roku. Utwór „Ogród zwany Eden” zna każdy starszy fan rapu znad Wisły. O$ka miał na koncie wiele udanych produkcji. Moim faworytem była składanka „Kompilacja 2”. Słuchałem jej zawzięcie – „Trzeba wiedzieć” z Ashem, „Złota rybka” z Łoną czy „Mam problem” z Grammatikiem – i byłem zachwycony…i ktoś mi zajebał tę kasetę. Jak to w Pionkach bywało, kiedy się coś pożyczało chłopo-robotniczej dziatwie. Niemniej jednak, lubię produkcje O$ki…
Bohaterem trzeciego, długo nieobecnego na blogu, odcinka HPS jest zespół Weather Report. Nie trzeba, go chyba przedstawiać, ani zbytnio reklamować – znają go wszyscy, którzy chociaż otarli się o jazz epoki fusion. Nazwiska firmujące ten projekt – Zawinul i Shorter – również nie należą do tych „nic nie mówiących”. I jedyne co zrobię, to przykleję im etykietkę – ich twórczość jest KONTROWERSYJNA. Wśród znanych mi koneserów muzyki, ich charakterystyczne brzmienie (rozpoznawalne głównie po „zawinulowskiej, piszczałkowej elektronice klawiszowej”; Austriak był pionierem syntezatorów, które zaczęły pojawiać się w latach siedemdziesiątych) oraz równie osobliwe aranże (nieregularne; czasem chropowate, czasem liryczne i spokojne, ale nigdy nie monotonne, z częstymi zmianami rytmu) są raczej potępiane. Pewnie dlatego, że ich kawałki „nie bujają”, a nad ich twórczością trzeba się li tylko odrobinę skupić. A ludzi zdolnych do aż takiego wysiłku psychicznego znam niewielu. W końcu należę do pokolenia, które wyrosło na wielce „kontemplacyjnych” i „wysublimowanych” gatunkach muzycznych jak metal, techno, house czy wreszcie…rap. Dziś, z bogatej dyskografii Weather Report, wyjąłem ich czwarty, studyjny album, „Misterious traveller” z 1974 roku. Przesłuchałem go. Tytułowy utwór, już na „pierwszy rzut ucha”, jest wspaniały. Jego autorem jest Wayne Shorter (na każdej płycie przez niego współtworzonej, umiem rozpoznać jego kompozycje po tym, że…są to utwory, które z miejsca przypadają mi do gustu - czy to album Lee Morgana, Jazz Messengers, czy Milesa Daviesa). Na początku tego kawałka, nastrój mrocznej tajemniczości inicjują niepokojące elektroniczne dźwięki. Potem znienacka pojawiają się agresywne akordy na pianinie i bass. Niepewność wzrasta – co to jest? Skąd dochodzą te dźwięki? KTO TAM?! Wreszcie wchodzi perkusja - widzimy tajemniczego wędrowca w całej okazałości. Możemy dostrzec jego zasępione oblicze. Twarz pooraną przez czas i wysmaganą wiatrem bezkresnych równin. Jego sylwetka jest ciemna i niewyraźna w szarym świetle kończącego się, jesiennego dnia. Skąd przyszedł? Dokąd zmierza? Te pytania wiszą w powietrzu, ale nikt ich nie zada. Nieznajomy zdaje się widzieć tylko swój cel, nadprzestrzeń. Mija nas. Idzie dalej, stapia się z szarością. Po chwili jego kroki milkną. Zostaje tylko intrygujące wspomnienie... W tej zielonej herbacie nic nie było, a jednak…pewne omamy wystąpiły. Tytułem zakończenia dygresji trzeba zastrzec, że ten utwór wyróżnia się na tle innych dokonań Weather Report kolejno: mrocznym nastrojem, agresywnością, jest dynamiczny i rytmiczny, a Zawinul posługuje się niskimi dźwiękami (nie ukrywam, że jego „popiskiwanie” w wysokich tonacjach na syntezatorze jest często irytujące…). Wszystkie elementy tworzą doskonałą, nastrojową harmonię. A do powstania tego dzieła przyczynili się: Wayne Shorter (sax i inne), Joe Zawinul (klawisze i efekty), Alphonso Johnsona (bas), Ishmael Wilburn i Skip Hadden (perkusja) oraz Dom Um Romao (konga itp.).
W erze hip-hopu wyjątkową karierę zrobiły agresywne akordy na pianinie z „Misterious travellera” (chociaż te niepokojące dźwięki na początku także słyszeliście pewnie na niejednej płycie). Ten sampel idealnie nadaje się do jakiegoś ostrego, ulicznego kawałka. Wystarczy nie spieprzyć aranżu perkusji, basu…i mamy hit gotowy. Poznajmy więc tych, którzy poszli na łatwiznę, doceniąc przy tym ich „nos” do sampli. Najnowszy prezentowany tu utwór, „Sucks don’t respekt it”, pochodzi z wydanego 1998 roku albumu Rasco pt. „Time waits for no man” (zaburzyłem chronologię, ponieważ właśnie ten utwór znam najdłużej; miałem tę płytę tuż po jej wyjściu w Stanach). Autorem podkładu jest Peanut Butter Wolf – producent i właściciel znanej wytwórni „Stones Throw”. Dodam jeszcze, że reszta „Time waits…” Rasco jest nie gorsza. Polecam.
Następnie mamy „Dangerous” efemerycznego twórcy rapu z drapieżnym flow, niejakiego Bas Blasta. W 1994 roku wydał ten singiel i zniknął. Za bit, który w końcu interesuje nas najbardziej w tym cyklu, odpowiada duet producencki The Groove Merchatz, w składzie Godfather Don (dosyć znany w nowojorskim podziemiu; lubi surowe i mroczne bity) oraz Victor Padilla.
A na koniec tytułowy utwór z klasycznej płyty Kool G Rapa „4, 5, 6”. Za produkcję odpowiadał tu Dr. Butcher, związany z grupą didżejską „The X-Men” (później „The X-ecutioners”, już bez niego w składzie). Tu też, oprócz poniższego tracku, należałoby poznać całą płytę.
"Uncommon Valour (A Vietnam Story)" to przykład niezwykle dopracowanego i przemyślanego kawałka. Ponury i minimalistyczny bit, autorstwa Stoupe'a z Jedi Mind Tricks, wspaniale koresponduje z mrocznymi wspomnieniami z wojny w Wietnamie zawartymi w zwrotkach Vinnie'go Paza i Rugged Mana. Ciemny nastrój utworu potęgują również chropowate głosy obu panów (ze wskazaniem na Vinnie'go). Co do tekstów, to RA przechodzi sam siebie - w prostych słowach odamlowuje historię życia swojego ojca - starszego sierżanta Johna A. Thorburna - który w Wietnamie był strzelcem w załodze śmigłowca "Green Hornet". Nie jest to wesoła opowieść, ale warta wysłuchania - flow Rugged Mana płynie i spada na bit kaskadami słów, które...Nie ma co nad rapowymi tekstami popadać w egzaltację. W końcu to nie Słowacki. Zatem posłuchajcie!
W najbliższym czasie ukaże się kolejny, po nowych Soulsach, album z rodziny Hiero Emporium. Będzie to druga solowa płyta Pep Love’a pt. „Reconstruction”. Oczekuje, że będzie lepsza niż solowe dokonania Tajaia, Opio, A-Plusa czy Dela. Przy czym ten ostatni podpadł mi szczególnie. Wypuścił płytę, „11th Hour”, która nie powinna się w ogóle ukazać. Męczące ucho pętle, nudne teksty i beznadziejny teledysk promujący – takie kakofoniczno-estetyczne odpadki na długo pozostają w mojej świadomości. Przez Dela i jego twórczą zapaść pomyślałem, że nawet Hieroglyphics, ostatni bastion dobrego rapu oprócz People Under The Stairs, zaczęli systematycznie obniżać loty razem z Wu-Tangiem, Dilated Peoples czy Jurassic 5. Fragmenty „Montezuma’s Revange” Souls of Mischief i kilka kawałków z nowego Pep Love’a pozwalają mi przypuszczać, że moja ulubiona grupa z Oakland kryzys formy ma za sobą. By nie pozostać gołosłownym zamieszczam dwa świadectwa tego procesu. Pierwszy, to utwór „No doubt” wyprodukowany przez samego Pep Love’a (do tej pory raczej nie parał się bitmejkerstwem) z gościnnym udziałem Opio, Otayo Dubba (członek duetu Co-deez) i niejakiego LB. Drugi, również z tej samej płyty, zowie się „Girls gone wild” i opowiada o problemach wychowawczych z dziewczynkami („Hierosi” wyraźnie się starzeją…). Pepa wsparł tu Opio, a bicik zrobił Unjust. Przesłuchajcie zatem oba kawałki, bo na to zasługują. Dla tych, którzy nie znają jeszcze twórczości Paulo Peacock’a polecam zapoznanie się z jego starymi płytami: nagranym razem z Jay-Bizem, jako „The Prose”, albumem „The Shamen” oraz solowym debiutem „Ascension” (z hitami „Pacific Heights” oraz „The Ouns”). Polecam! Tymczasem niecierpliwie czekam na wiadomości z Oakland o wydaniu dwóch nowych albumów sygnowanych Hiero-symbolem.
Skoro już pojawili się na tym blogu zarówno Eddie Henderson, jak i Souls of Mischief, to postanowiłem znaleźć jakiś łączący ich wątek. Jest nim oczywiście, jak to na tę witrynę przystało, sampel. Nicią łączącą okazał się motyw pianina z utworu „Inside You” Eddie’go Hendersona. Pochodził on z płyty „Heritage” wydanej w 1977 roku. Dodam tylko, że nie została ona wyjątkowo doceniona przez krytyków, z wyjątkiem tego właśnie singla. Szesnaście lat później zrobił z niego dobry użytek Casual – stworzył bit do „Tell me who profits” na debiutancki album „93 till infinity” Souls of Mischief. Szczerze – Casual nie jest zbyt dobrym bitmejkerem i na każdej płycie Hiero, jego produkcje wypadają najgorzej (w przeciwieństwie do jego zwrotek). No cóż, tym razem nawet jemu się udało.
Kiedyś znalazłem to na jednym z mixtape’ów DJ Babu i wpadło mi w ucho. Ten bit chodził za mną od lat, ale dopiero teraz go namierzyłem i schowałem do odpowiedniego zwoju mózgowego pod etykietą „East Flatbush Project – Tried by 12”. Tak jak Gank Move i ich „Real players and OG’s”, tak i w przypadku tego zespołu (producent Spencer Bellamy oraz raper DeS) ten kawałek jest ich jednym cennym dokonaniem – nie szukajcie więc kolejnych hiciorów, bo ich nie ma.
Declaime (Dudley Perkins), zacny członek gangu Madliba zwanego CDP, od 1999 roku wydał aż 9 solowych płyt. Na początku kariery więcej rapował, mniej śpiewał. Teraz postanowił odwrócić te proporcje…i nie mam już wygórowanych oczekiwań względem jego twórczości. I pomyśleć, że jeszcze osiem lat temu wróżono mu wielką przyszłość. Album „Andsoitisaid” zdobył wielke uznanie krytyków i fanów podziemnego rapu. Nawet, nieistniejący już niestety, polski magazyn hiphopowy „Klan” przyznał Declaime’owi laury za najlepszą płytę w 2001 roku. Powróćmy więc do tych jakże szczęśliwych dla kalifornijskiego rapera chwil, i przesłuchajmy mój ulubiony kawałek z tej płyty pod tytułem „Don’t trip” z wybitną produkcją samego Madliba (także przeżywającego wtedy efektywno-efektowny okres).
Odkryłem niedawno, że Madlib wziął tutaj sampel fletu z kawałka „Movement” Bobby’ego Hutchersona. Utwór ten znajduje się na jego płycie „Components” z 1965 roku. Jest to wyjątkowy album – pół bopowy, pół post-bopowy. Tę pierwszą połowę zaaranżował sam Hutcherson. Można go pochwalić za liryczna balladkę, a właściwie kołysankę, pod tytułem „Little B’s poem”. Druga część, to dzieło perkusisty Joe Chambersa. Stanowią ją cztery kompozycje. Trzy z nich są mroczne – kojarzą mi się z muzyką do filmów gangsterskich z tamtych lat. Są świadectwem końca epoki bebopu. W przeciwieństwie do nich, ostatni utwór, „Pastoral”, jest tak spokojny, że mógłby być stosowany w terapii osób znerwicowanych lub chorych na bezsenność. Krótko mówiąc, Hutchersona, i jego ekipa, stworzyli jeden z najdoskonalszych albumów lat sześćdziesiątych. Dodam jeszcze, że w nagraniu jej uczestniczyły największe ówczesne gwiazdy wytwórni Blue Note: Freddie Hubbard (tp), James Spaulding (as, fl), Herbie Hancock (p, org), Ron Carter (b), Joe Chambers (d). Tyle tytułem wstępu.
Przejdźmy do konkursu „beznagrodowego”. Z całego „Components”, Madlibowi najbardziej przypadł do gustu kawałek „Movement”. „Wyciął” z niego partie fletu graną przez czołowego sidemana Blue Note’u, doskonałego flecistę, Jamesa Spauldinga. Zatem moje pytanie brzmi: od której do której sekundy „Movement” Hutchersona trwa sampel fletu użyty przez Madliba w „Don’t trip”? Odpowiedzi proszę wpisywać do komentarzy. Kto pierwszy tan ma satysfakcję!
Drodzy Afrosłowianie! W związku z nadmiarem pomysłów w mojej zakatarzonej łepetynie postanowiłem otworzyć dziś nowy cykl postów zatytułowany „Historia pewnego sampla”. Chciałbym w nim zaprezentować jak różni producenci rapowi obchodzą się z tym samym samplem. Będziecie mieli okazję posłuchać, jakie są różnice w ustawieniu bębnów i basów oraz jak kształtowały się flow’y poszczególnych MC w stosunku tej samej „próbki”. Co więcej, będziecie mogli także prześledzić jak w poszczególnych okresach historii hip-hopu zmieniał się sposób wykorzystania tego samego fragmentu. A jeśli jesteście ambitni, to możecie również rozważać czy na obróbkę sampla wpływało pochodzenie etniczne bądź społeczne producenta, a nawet szerokość geograficzna pod którą mieszka. Ponadto ten cykl ma być pretekstem do czaso-muzycznej podróży ku źródłom wszelkich sampli, czyli do jazzu, funku, r’n’b, soulu czy afrobeatu; powrotu do twórców wielkich, takich jak Fela Kuti, John Coltrane czy James Brown, i tych mniejszych, których dokonania zginęły w mrokach ludzkiej pamięci nie wchodząc do kanonu dzieł klasycznych, jak The Three Sounds, Lee Morgan czy The O-Jays. Podsumowując, chcę pokazać jak w arcyeklektycznym ruchu zwanym hip-hop połączyło się wiele muzycznych epok zmiksowanych w jeden, całkowicie nowy, postmodernistyczny twór. Na początek chciałem wydobyć na światło dzienne Curtisa Mayfielda – gwiazdę soulu z lat 70-tych. – i jego piosenkę pt.„Hard Times” z albumu „There’s no place like America today” z 1975 roku. Rzeczony utwór powstał trzy lata po największym sukcesie Mayfielda, czyli ścieżce dźwiękowej do filmu blaxploitation „Superfly”, zawierającej takie hity jak „Superfly”, „Freddie’s dead” oraz „Pusherman”. Na niej słyszymy, że Mayfield jest nie tylko zdolnym piosenkarzem, ale przede wszystkim doskonałym aranżerem. Na kształt płyty bardzo dobrze wpłynęła pewna mroczność i miejska twardość wymuszona przez klimat filmu. Getto, dilerzy, kokaina, heroina i walka na pięści w gęstym od spalin nowojorskim uptown – muzyk nie mógł do takiej atmosferki podgrywać niczego co przypominałoby jego pozostałe płyty. Nie była to kolejna słodziutka jak torcik bezowy z lukrem i karmelem płyteczka, jak „Curtis”, „Roots” czy „Love”, gdzie w każdym kawałku wzdychał do jakiejś lubej, wyśpiewując całą gamę uczuć nie dających zmrużyć oka nocą rozedrganemu miłością podmiotowi lirycznemu. Przemiana z dworskiego minstrela w ulicznego barda zdecydowanie mu się opłaciła. Jego album zajął pierwsze miejsce listy Billboardu na miesiąc, a dwa single z tej płyty utrzymywały się w czołówce rankingów przez niemal rok. Płyta „There’s no place like America today” jest stylistycznie bliższa „Superfly”. Brak na niej przesłodzonych kawałeczków o miłości, które momentalnie zalepiały słodkim miodkiem moje uszka odstraszając mnie skutecznie od jego pierwszych płyt. Natomiast na pierwszy rzut ucha wyczułem, że jest od swojej wielkiej poprzedniczki z 1972 roku mniej dynamiczna, „chropowata” i społecznie zaangażowana. Przeważają na niej utwory spokojne, wręcz relaksujące, pozbawione przy tym wszelkich symptomów muzyki obojętnej, takiej jak kotleciarski jazz czy klubowy chill out. Charakterystyczny głos Mayfielda - wspierany delikatnie przez gitarę elektryczną, rhodesy oraz boską sekcje rytmiczną, której wysiłki urozmaicają krótkie, acz treściwe, ozdobniki na kongach – łagodzi zdenerwowanie, wywołując nawet chęć na oszczędny ruchowo taniec. Zdecydowanie polecam wam kawałki „Billy Jack”, „Blue Monday People”, „Hard Times” no i oczywiście „So in love” – singiel, który wywindował ten album na szczyty list 34 lata temu.
Z wybranych przeze mnie producentów pierwszy użył tego sampla etatowy producent wytwórni Rap-a-Lot N.O. Joe (alias Joseph Johnson). Bit został wykorzystany na płycie „Till death do us part” legendarnego zespołu gangsta z Houston, Geto Boys, w kawałku „Murder after midnight” (marzec 1993 r.).
Drudzy sampel z „Hard times” wykorzystali Poor Righteous Teachers na albumie „Black business” (październik 1993 r.) w „Rich mon time”.
Trzecim użytkownikiem tego sampla był Dominic „Domino” Siguenza – naczelny producent, pochodzącej z Oakland, supergrupy Hieroglyphics. Wykorzystał mayfieldowski motyw w bicie do „Fallow the funk” z płyty „Fear itself” Casuala (1994 rok).
Czwartym wielbicielem „Hard times” jest człowiek legenda, człowiek instytucja – aktor, producent, raper i biznesmen – RZA alias Bobby Digital. Omawianego tu sampla użył w utworze „Cakes” ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Ghost dog” (1999 rok). W dodatku całkiem umiejętnie do niego zarymował do spółki z Kool G Rapem.
Która wersja podoba się wam najbardziej? Odsyłam do komentarzy.
Przeszukując niedawno Youtube’a natrafiłem na teledyski Geto Boys. Mam do tej grupy sentyment, ponieważ ich album „The Resurrection” nabyłem jako jeden z pierwszych w mojej kolekcji. Kupiłem go w nieistniejącym już sklepie „Digital” na Smolnej w WWA razem z „Muse Sick-n-Hour Mess Age” Public Enemy. Ale zanim doszło do kupna sporo się z Jankiem namęczyliśmy. Musieliśmy przyjąć jakieś kryteria selekcji, a nie znaliśmy się wtedy zupełnie na rapie. Obaj mieliśmy zbyt krótko „kablówki” by wpatrując się w telewizje muzyczne wbijać sobie do głowy obco brzmiące nazwy, takie jak „Kool G Rap” czy „Digital Underground”. Cała moja wiedza o tej muzyce ograniczała się do Cypress Hilla, Wzgórza Ya-Pa 3 i tego co mój ziomek z klasy, Wojtek, dowiedział się od swojego starszego brata, który z kolei dowiedział się czegoś tam od swoich kuzynów z Warszawy, którzy…Wsłuchiwanie się w „echo echa”, czerpanie wiedzy z obrosłej naroślami przeinaczeń wieści gminnej, nie dawało mi żadnych pewnych informacji. Moim drugim źródłem rap-wieści, przy czym równie nieprzydatnym, była telewizja publiczna. Pamiętam jak na „Dwójce” usłyszałem „Mistadobalina” Dela, „Shot’em down” Public Enemy, czy „Jump” duetu Kris Kross. Nic mi jednak to nie pomagało latem 96 roku. Usłyszałem je po razie i nigdy nie zapisywałem nazwy wykonawcy (dopiero dziś, mając rap-wiedzę, mogę przyporządkować nazwy zespołów i tytuły piosenek, które wtedy słyszałem i jakoś zapamiętałem, zapewne pod wpływem silnych emocji, jakie we mnie wywoływały). W „Digitalu” byliśmy z Jankiem pośród paru rzędów półek z kasetami NIE POSEGREGOWANYMI w sektory z poszczególnymi rodzajami muzyki. Istniał tylko podział na muzykę polską i zagraniczną. Co tu wybrać jak nie wiem nic oprócz tego, że kocham rap? Rozegraliśmy to z Jankiem prosto. Szukaliśmy okładek na których były jakieś symbole przemocy i śmierci (pistolety, czaszki itp.), Murzyni i nalepka „Parental Advisory Explicit Lyrics”. Podziałało. Na okładce kasety Public Enemy były czaszki, pistolet i nalepka „PAEL”, na Geto Boysach (sama nazwa wydała nam się „szałowo rapowa”) były trzy trumny, czarno-białe zdjęcia zaniedbanych kamienic, napis à la gotyckim pismem i oczywiście wymieniony wyżej znaczek. Pamiętam również, że przeszukując kasety natrafiłem na E-rotic z ich cyckwaną okładką…no i „Firing Squad” M.O.P, których płyty wtedy nie wybrałem i teraz trochę tego żałuję (nie dziwcie się, że aż tyle wspomnień zachowało się w mojej pamięci – „Mały Chłopiec” wyprawił się do „wielkiego miasta” i zobaczył „wielki sklep” z mnóstwem muzyki). Tamtego dnia kupiłem kasety grup z przeciwstawnych ideologicznie obozów. Public Enemy to anty-gangsta Czarni nacjonaliści z Nowego Yorku. Geto Boys to gangsta z Houston. Jedyne co ich łączy to kolor skóry i podobny czas debiutu na scenie w połowie lat osiemdziesiątych. 13 lat temu było mi to zupełnie obojętne, bo nie bardzo rozumiałem „o co się chłopakom rozchodzi”. Teraz wiem o czym są ich teksty ale, kto wie, może i dziś dokonałbym tego samego wyboru. W końcu nadal liczy się tylko to, żeby bit był dobry, MC miał ciekawy flow, a teksty i ideologie pozostają na planie dalszym (przynajmniej jeśli chodzi o płyty z amerykańskiego podwórka). Epilog: „Digital” już od dawna nie istnieje, Geto Boys się rozpadli, Public Enemy robi coraz gorsze albumy, Janek jest art directorem i połową Bitnix, E-rotic się rozpadło, Wojtek ma rodzinę i mieszka w „wielkim mieście”, „Mały Chłopiec” wie więcej o rapie…a kasetę Geto Boys ukradł mu jakiś chłopo-robotniczy znajomek z Pionek w dwa-trzy lata po jej kupnie (razem z kasetami Naughty by Nature „Povery’s Paradise” i „Same as It Ever Was” House of Pain).
Pamiętam jak dziś. Był ciepły, letni czerwcowy dzień w Radomiu. Z grupka znajomków byłem wtedy na graffiti jamie na Raffilu, bodajże w 1999 roku. Na niewielkiej, zaimprowizowanej scenie stał rosły blondas z bródką - Dj Mono. Puszczał same hity. Tam pierwszy raz usłyszałem "Get up" Lost Boysów, MF Doom'a no i "Puppet Master" B.Reala i Dr. Dre ze składanki "Soul assasins" Dj Muggs'a. Po dziś dzień ten kawałek kojarzy mi się z Radomiem i tym pamiętnym jamem - pierwszym na którym w życiu byłem. Zwróćcie uwagę jak wspaniale ponury i groźny nastrój "Puppet master" koresponduje z powierzchownością i klimatem tego miasta. Nawet fizjonomie statystów i głównych aktorów teledysku żywo przypominają mi typowe radomskie oblicza. Takie, które wódka, papierosy, mielone, "przepocona" mortadela, a przede wszystkim wsiowe pochodzenie, zmieniły w karykatury wytworów Fidiasza. Jakby były rzeźbione tępą siekierą w próchnie; jakby były z wosku, którego powierzchnia została nadpalona zapalniczką - rozmyta i pełna zwisających kropel. Poza tym przyjżyjcie się tym osiodłanym, tęgim, kobitkom. Jakby je ubrać w zapinane bluzeczki z materiału zasłonowego a la Giereque to przypominałyby przecietną Polkę - małomiasteczkową, koło czterdziestki. Taką pionkowsko-radomską. Pozdrawiam raz jeszcze rodzinne strony! A oto vidjo: