wtorek, 26 stycznia 2010

Historia pewnego sampla VII

Wracam po ponad miesięcznej nieobecności. Boże Narodzenie i karnawał wpłynęły negatywnie na moją aktywność blogerską, za co przepraszam grono stałych obserwatorów. Mea culpa. Postaram się nadrobić te zaległości.
Dzisiaj ponownie sięgnę do muzyki z lat siedemdziesiątych, z tą różnicą, że bohater będzie mniej znany niż Bobby Hutcherson i Diana Ross. Odsłaniam kurtynę – będzie nim David „Fathead” Newman.
Newman urodził się w 1933 roku w Teksasie. Swoją ksywę zawdzięcza nauczycielowi muzyki ze szkoły średniej, który bił go po głowie linijką i wyzywał od „zakutych łbów” („fathead”), gdy zauważył, że młody David nie umie czytać nut. Swoje muzyczne wykształcenie odebrał w Dallas – uczył się gry na flecie i saksofonie (oprócz niego w tym mieście dorastało dwoje innych znakomitych flecistów jazzowych – Bobbi Humphrey i James Clay). Co ciekawe, równolegle ze studiami muzycznymi zgłębiał wiedzę teologiczną. Niemniej jednak, w jego późniejszym życiu artystycznym ślady odniesień do Boga możemy odnaleźć li tylko w tytułach piosenek, na przykład „Precious Lord”. Newman do „świętych” nie należał – wciągnął swojego najlepszego kumpla, z pierwszego zespołu w jakim grał na początku lat pięćdziesiątych, w narkotyki. Tym kumplem był Ray Charles. Później, gdy Ray rozpoczął solową karierę, wziął „Fatheada” do swojego zespołu i uczynił pierwszym saksofonistą. Ich współpraca układała się wspaniale aż do 1966 roku. Wtedy to Newmana postanowił zagrać w bandzie flecisty i saksofonisty Herbie’go Manna. W następnych latach nagrywał i koncertował z takimi gwiazdami jak Aretha Franklin, Joe Cocker, B. B. King czy Natalie Cole.
W międzyczasie, w 1959 roku, za namową Raya Charlesa, rozpoczął swoją solową karierę, która jednak zawsze pozostawała na uboczu jego działań jako muzyk sesyjny. Początkowo grał klasyczny, bebopowy jazz. Później, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, porwała go moda na jazz-funk. Z tego właśnie okresu twórczości Newmana pochodzi płyta „Lonely avenue”. W składzie nagrywającym tę płytę znalazł się wibrafonista Roy Ayers (udziela się także na pianinie), będący w przededniu swoich „złotych czasów”, i to on miał być drugim, po liderze solistą. Album otwiera wesoły, typowo funkowy, utwór „Fuzz”, w którym wszyscy muzycy poza liderem, łącznie z Ayersem, tworzą bogate, wielopłaszczyznowe tło dla popisu „Fatheada” na flecie. Ledwo wkręcimy się w niemal dyskotekowy klimat i…następuje radykalna zmiana. Newmana i jego team serwują nam klasyczną bluesową balladę „Precious Lord”. Lider daje nam tym razem popis gry na saksofonie – i znów jest to coś pięknego. Robi się słodziutko i lirycznie. Zaczyna się „Symphonette”. Flet jest równie liryczny i gładzi ucho, ale sekcja gra rytm typowo miejski. W sekcji kumuluje się czysty funk – idealna kombinacja twardego basu, pulsującej perkusji i pianina wzbogacającego poszczególne akcenty. Wszystko to piano, by nie przyćmić subtelności kunsztu gwiazdorów. Do tego Roy Ayers gra solo równie łagodne jak Newman. Słowem, to mój hit tygodnia i zarazem źródło sampla, którego użył J-Love i aż dwukrotnie Domino – ale o tym później. Wróćmy do dzieła Newmana. Następny utwór, „Lonely avenue”, to kolejna bluesowa ballada, klasyczna do bólu. Niemniej jednak warto zwrócić uwagę na gitarową solówkę Cornella Dupree. Kolejny, „3/4 of the time”, to jazzowa balladka w stylu lat sześćdziesiątych. Kojarzy mi się z utworkami jakie pojawiają w gangsterskich filmach Jean-Pierre’a Melville’a, gdy główny twardziel wchodzi do paryskiego nocnego klubu, a na scenie leniwie gra murzyński kwintet. W powietrzu wisi papierosowy dym, który przeszywają wzrokiem samotne, luksusowe kurwy wpatrując się pozornie zimnym, ale zaciekawionym, wzrokiem w naszego bohatera palącego przy barze szluga…Z resztą sami zobaczcie chociażby „Samuraja” – polecam. Kończąc dygresję, ostatni utwór, „Fire weaver”, to już typowy funk bez zbędnej liryki. Czysta wielkomiejska nuta. Podobny w klimacie do pierwszego utwóru, z tą różnicą, że tutaj Newmana daje popis gry na saksofonie. Podsumowując, świetna płyta. Stanowczo nie zgadzam się z recenzentem z „All music”, który napisał, że „sekcja rytmiczna jest przerośnięta”, a po przesłuchaniu całego albumu „nic nie zostaje w pamięci”. Dla mnie ta wielopłaszczyznowa sekcja to sam cymes „Lonely avenue”, a w pamięci na zawsze zostaje co najmniej główny motyw z „Symphonette”. Niestety, David Newman zmarł rok temu.

A oto efekty moich samplowych poszukiwań. Pierwszym producentem, który użył sampla z „Symphonette” był etatowy bitmejker Hieroglyphics Dominic „Domino” Siguenza. Zastosował go dwukrotnie. Raz do kawałka Casuala „Fear no evil” (można go znaleźć na „Hiero oldies vol. 2”)…

…a następnie w „What a way to go out” z albumu „93 till infinity” Souls of Mischief w 1993 roku. Nie zdziwiłbym się, gdyby zrobił dwa biciki tego samego dnia. Choć przyznacie, że pociął sampel na tyle umiejętnie, że trudno wyczuć ich wspólne pochodzenie.


Później fragment „Symphonette” wykorzystał również J-Love do stworzenia podkładu dla Large Professora. Chodzi mi o „Kool” z płyty „1st class” z 2002 roku. Wydaje mi się, że J-Love poszedł na łatwiznę. Po prostu wzmocnił rytmiczne akcenty i podbił bas. I Tyle. Ale liczy się efekt, a ten jest doskonały.


Zachęcam do zdobycia wszystkich omawianych powyżej płyt. Naprawdę warto je mieć.

środa, 16 grudnia 2009

Historia pewnego sampla VI

W pewien zimowy wieczór przeglądałem moją płytotekę. Szukałem jakiegoś jazzu służącego za podkład do przygotowania ciepłej kolacji. Kolejno odrzucałem „Maiden Voyage” Herbie’go, trójpak Cannonballa Adderleya, Shortera, Trane’a Hubbarda...Wszystkie te tytuły znałem już dobrze i lubiłem, ale zupełnie nie miałem na nie nastroju, aż wreszcie...moim oczom ukazał się album „San Francisco” Bobby’ego Hutchersona. Nada się – pomyślałem, po czym umieściłem ją w odtwarzaczu. Po chwili z głośników popłynęły dźwięki utworu „Goin’ down South”. Jakże wyborne to dokonanie! Bobby na marimbie i Harold Land na saksofonie dają w nim popis swojej improwizatorskiej wirtuozerii, podczas gdy ich sekcja utrzymuje wciąż funkowy groove (ach, jak ja niecierpie anglicyzmów, ale są takie sytuacje, w których są one nie do uniknięcia...). Nie sposób się przy tym nie zrelaksować. Może więc dlatego Geoff Wilkinson z US 3 użył sampla z tego utworu w kawałku „Lazy Day” na niezapomnianej „Hand on the torch”? Zapewne tak. Po łatwym i przyjemnym, przyszedł jednak czas na utwór trudniejszy, a konkretnie na „Prints tie”. Słuchając go, ma się wrażenie, że perkusista (Micky Roker; współpracownik, m. in, Hancocka) oraz basista (John Williams) próbują nas zahipnotyzować swą rytmiczną mantrą podczas, gdy Hutcherson, Land i Joe Sample (elektryczne pianino; członek The Jazz Crusaders) próbują delikatnie naszkicować nam na karcie podświadomości tajemnicę bytu, sekret istnienia lub nawet wiadomość z innej galaktyki (wyręczają przy tym San-Ra). Około piątej minuty, gdy Hutcherson prowadził muzyczny dialog z pianinem Sample’a, usłyszałem parosekundowy fragment, który gdzieś już słyszałem. Tylko gdzie?...Gdzie? Gdzie? Gdzie? – pytałem sam siebie, mrucząc pod nosem. Przerwałem kuchenną pracę. Nóż opadł bezwładnie w hałdkę pokrojonej cebuli. Popatrzyłem na komputer. Potem w sufit. I nie zdążyłem się srogo zamyślić, a już znalazłem odpowiedź. Ów kawałek namierzyłem na Youtube’ie i uzyskałem potwierdzenie swoich przypuszczeń – „Prints tie” zsamplował twórca bitu do piosnki „Paris sous les bombes” Supreme NTM z płyty o tym samym tytule. A kto był tym producentem? Nie kto inny jak Lucien M'Baidem. Ten sam Lucien, który był wyszydzany w kawałku „Lucky of Lucien” na debiutanckiej płycie A Tribe Called Quest. Tenże skromny artysta pochodzi z południowych rubieży Paryża. Pod koniec lat osiemdziesiątych wyemigrował do Nowego Yorku by poznać tajniki nowoczesnego bitemejkerstwa. W „stolicy rapu” szybko zyskał uznanie. Został członkiem kolektywu Native Tongues (do którego należeli, m. in., Jungle Brothers i A Tribe Called Quest) i produkował nawet dla Beatnutsów. Obecnie robi muzykę do cyklu króciutkich komediowych kreskówek „Les Lascars” (u nas znanych pod tytułem „Ziomek”). Wracając do „Paris sous les bombes”, to opowiada on o jednym z pól hiphopowej aktywności uprawianych przez Kool Shena i Joey Starra (tworzących duet NTM) – graffiti. Posłuchajcie go – nawet jak nie znacie francuskiego to flow obu panów z Saint Denis i mroczny bit wystarczą by się nim zachwycić. Choćby chwilowo. Polecam zarówno płytkę Supreme NTM, jak i „San Francisco” Hutchersona.






Pamiętajcie również o rapowej karykaturze Luciena!

czwartek, 10 grudnia 2009

Abstract Rude - Rejuvenation

Przesłuchajcie i zobaczcie – proszę – dwa teledyski z najnowszego albumu Abstract Rude’a „Rejuvenation”. Co prawda płyta ukazała się już w maju ale…mi się to podoba …i tyle. Nie będę silił się na żadną obszerna recenzję, tym bardziej, że wreszcie muszę napisać coś dużego o „Montezuma’s Revenge” Souls of Mischief, których tak na mej witrynie promowałem. Pozdrawiam!

wtorek, 8 grudnia 2009

Historia pewnego sampla V

Czas na kolejny odcinek z cyklu HPS. Już piąty. Znów jego bohaterami będą Wayne Shorter, Joe Zawinul oraz ich współpracownicy z Weather Report. Tym razem omawiany niżej sampel pochodzi z utworu „Young and fine” znajdującego się na ich ósmym albumie studyjnym pt. „Mr. Gone” z 1978 roku. Płyta ta nie spotkała się z aprobatą muzycznych krytyków – magazyn „Down Beat” przyznał jej jedną gwiazdkę na pięć (sic!), co rzadko zdarzało się w dziejach tegoż periodyku. Napisano, że Weather Report zrobili dla jazzu lat siedemdziesiątych to, co Paul Whiteman (lider big bandu; zarzucano mu wrugowanie z jazzu improwizacji na rzecz drobiazgowo skomponowanych utworów - WR) w latach dwudziestych – „przenieśli awangardowy jazz z małych klubów do wielkich sal koncertowych, kaptując miliony ludzi do grona wielbicieli tego gatunku”. „Sprawili, że kontrowersyjna muzyka odniosła komercyjny sukces” – komplementował ich recenzent „DB”. „Niestety” – kontynuował – „tak jak Whiteman, Weather Report przekomponowali swoje utwory”. „Jeśli band Whiteman tworzył gorącą jazzową sacharynę, to Weather Report sprawili, że ich eksperymentalne brzmienie smakowało jak naszprycowane chemią warzywo” – mocnymi słowami kończył recenzję. W odpowiedzi Zawinul powiedział w jednym z wywiadów, że „każdy kto daje tej płycie jedną gwiazdkę musi być szaleńcem”. Wsparli go również fani, którzy zasypywali redakcję magazynu listami w obronie wartości muzycznej „Mr. Gone”. Co więcej, sztuka obroniła się sama, bo album szybko uzyskał status „złotej płyty”. Pomimo tego, moje spojrzenie na ten album bliższe jest optyce „Down Beat’u”. Po przyjściu Jacko Pastoriousa i paru innych roszadach w składzie, Weather Report był coraz bardziej dominowany kompozycyjnie przez Zawinula, który lubował się w syntetycznym brzmieniu piskliwych syntezatorów. Jeśli na „Heavy Weather”, albumie poprzedzającym „Mr. Gone”, aranże i muzyczne wizje trzech kompozytorów zespołu brzmiały harmonijnie, to już rok później, jak ślicznie napisał „DB”, przekomponowali. Zabrnęli w syntetyczną słodycz ze słabo wyczuwalnym rytmem. Można rzec o tej płycie, parafrazując wyświechtany aforyzm Woltera, że eksperymenty Weather Report były wrogami ich starych, dobrych płyt. Moją opinię wesprę plikiem dźwiękowym z utworem „Young and fine” zaaranżowanym i skomponowanym przez Joe Zawiunula, a wykonanym (oprócz wymienionego już klawiszowca) przez: Wayne'a Shortera (saksofon tenorowy), Steve’a Gadda (perkusja), Petera Erskine’a (hi-hat) i Jacko Pastoriusa (bas).


Na koniec można powiedzieć jedną pozytywną rzecz o „Mr. Gone” – jest to bezcenna skarbnica sampli i unikalnych dźwięków, które były, są i będą używane. A oto dokonania niektórych rap producentów, którzy je zastosowali.
Pierwszymi, którzy zsamplowali „Young and fine” byli Tribe Called Quest. Zdobytą próbkę użyli w produkcji kawałka „Butter” na płytę „The Low End Theory” i, jak zwykle, zrobili to lepiej niż inni.


Drugim prezentowanym twórcą, który skorzystał tegoż utworu Weather Report był Dj Jazzy Jeff. Jego elementy można znaleźć w otwierającym album „The magnificent” (rocznik 2002) tracku pt. „Da Ntro”. Zwracam uwagę na gościnny występ Baby Blaka – doskonałego rapera o charakterystycznym głosie – który od 2003 roku nie wydał nowej solowej płyt. A powinien, bo „Once you go blak”, jego debiut, był naprawdę fenomenalny.


Trzeci kawałek powstały na motywie z „Young and fine” to „Dirty Dick”, który można usłyszeć na solowym albumie J.Sandsa „The Breaks vol. 1”. Polecam go szczególnie tym, którzy znudzili się erotykami Petrarki i Byrona. Ten utwór jest nie tylko hymnem pochwalnym na cześć dynamicznie rozkwitającego uczucia w epoce megaprocesorów i GPSu, ale również poruszającym sumienie męskim moralitetem higienicznym. Polecam resztę tej płyty każdemu wielbicielowi rapu.

środa, 25 listopada 2009

Souls of Mischief prezentują nowy album


Na undergroundhiphop.com można już przesłuchać prawie cały album Souls of Mischief "Montezuma's revenge". Zapraszam! Warto! Szczególnie utwory "Poets", "Postal" i "Hiero HQ".

niedziela, 22 listopada 2009

Historia pewnego sampla IV

Idę za ciosem. Ostatnio było Weather Report – Zawinul, Shorter i inne poważne, nobliwe nazwiska. Teraz sięgniemy na niższą półkę. Na poziom muzyki didżejów w supermarketach. Oto wezmę dziś pod lupę loopy zrobione z sampli pobranych z hitu „Love hangover” Diany Ross z albumu pt. „Diana Ross” wydanego nakładem Motown w1976 roku. Jest to tylko jeden wielu przebojów tej wokalistki, które okupowały pierwsze miejsce listy Billboardu. Innym był na przykład „Street life”, tak ukochany przez marketowych umilaczy zakupów (z resztą nie tylko przez nich; Keith Murray na swoim trzecim albumie, „It’s a beautiful thing”, miał utwór oparty na motywie przewodnim tej piosenki; nazywał się „Life on the street” i była to chyba najbardziej dynamiczna produkcja, która wyszła spod serdelkowatych palców Erica Sermona). Wracając do sedna sprawy, break tak ukochany przez rapowych producentów znajduje się na początku „Love hangover” i jest tak chwytliwy, że nie sposób być wobec niego obojętnym. Aż się prosi by go zapętlić. I cóż tu się będę rozpisywał? Kolejny komercyjny hit wytwórni Motown w jej złotych czasach. Na sukces pani Ross pracowało wielu ludzi, w tym Hal Davis, producent płyty, odpowiedzialny za rozkwit karier, między innymi, „The Jackson 5”, „The Supremes” i Marvina Gaye’a. I to by było na tyle o Dianie Ross, ponieważ niespecjalnie ją lubię. Ale wolę taki pop niż Rihannę i całe to współczesne tałatajstwo, co pokazuje na teledysku „łoniaki” myśląc, że tak nadrobi brak talentu.

Motyw z „Love hangover” pojawił się na płycie „We can’t be stopped” Geto Boys. Konkretnie w utworze „The other level”, w którym Bushwick Bill chwali się swymi seksualnymi przygodami. On również jest autorem bitu.

Kolejnym bitmejkerem, który wykorzystał sampel z piosenki Diany Ross jest Boom Bass (członek francuskiego duetu producenckiego Cassius, parającego się na co dzień house’em). Kawałek „Paradisiaque”, który współtworzył, znajduje się na płycie MC Solaara pod tym samym tytułem. Z resztą był to singiel promujący ten album (mam oryginał na kasecie - Hehe!).

Ostatnim z omawianych dziś producentów jest sam O$ka, odpowiadający za muzykę w zapomnianym już dziś warszawskim duecie OMP (Olimpu Muzyczna Plejada). Próbkę z „Love hangover” użył w kawałku pt.„Oempe” na ich debiutanckiej płycie „Wilanów…zobacz różnicę”. Przyznacie, że jakość techniczna tego bitu pozostawia wiele do życzenia, a flow Janonowakka dopiero zaczyna się rozwijać (niech użyję tego eufemizmu). Niemniej jednak był to jeden z ciekawszych zespołów na polskiej scenie rapowej pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Szkoda, że już nie istnieją. Ciekawe, jak by się rozwinęli? Zapowiadali się nieźle. Pierwszy raz usłyszałem ich na legendarnej składance DJ 600 Volta „Hip hop - produkcja” z 1998 roku. Utwór „Ogród zwany Eden” zna każdy starszy fan rapu znad Wisły. O$ka miał na koncie wiele udanych produkcji. Moim faworytem była składanka „Kompilacja 2”. Słuchałem jej zawzięcie – „Trzeba wiedzieć” z Ashem, „Złota rybka” z Łoną czy „Mam problem” z Grammatikiem – i byłem zachwycony…i ktoś mi zajebał tę kasetę. Jak to w Pionkach bywało, kiedy się coś pożyczało chłopo-robotniczej dziatwie. Niemniej jednak, lubię produkcje O$ki…

czwartek, 19 listopada 2009

wtorek, 17 listopada 2009

Historia pewnego sampla III

Bohaterem trzeciego, długo nieobecnego na blogu, odcinka HPS jest zespół Weather Report. Nie trzeba, go chyba przedstawiać, ani zbytnio reklamować – znają go wszyscy, którzy chociaż otarli się o jazz epoki fusion. Nazwiska firmujące ten projekt – Zawinul i Shorter – również nie należą do tych „nic nie mówiących”. I jedyne co zrobię, to przykleję im etykietkę – ich twórczość jest KONTROWERSYJNA. Wśród znanych mi koneserów muzyki, ich charakterystyczne brzmienie (rozpoznawalne głównie po „zawinulowskiej, piszczałkowej elektronice klawiszowej”; Austriak był pionierem syntezatorów, które zaczęły pojawiać się w latach siedemdziesiątych) oraz równie osobliwe aranże (nieregularne; czasem chropowate, czasem liryczne i spokojne, ale nigdy nie monotonne, z częstymi zmianami rytmu) są raczej potępiane. Pewnie dlatego, że ich kawałki „nie bujają”, a nad ich twórczością trzeba się li tylko odrobinę skupić. A ludzi zdolnych do aż takiego wysiłku psychicznego znam niewielu. W końcu należę do pokolenia, które wyrosło na wielce „kontemplacyjnych” i „wysublimowanych” gatunkach muzycznych jak metal, techno, house czy wreszcie…rap.
Dziś, z bogatej dyskografii Weather Report, wyjąłem ich czwarty, studyjny album, „Misterious traveller” z 1974 roku. Przesłuchałem go. Tytułowy utwór, już na „pierwszy rzut ucha”, jest wspaniały. Jego autorem jest Wayne Shorter (na każdej płycie przez niego współtworzonej, umiem rozpoznać jego kompozycje po tym, że…są to utwory, które z miejsca przypadają mi do gustu - czy to album Lee Morgana, Jazz Messengers, czy Milesa Daviesa). Na początku tego kawałka, nastrój mrocznej tajemniczości inicjują niepokojące elektroniczne dźwięki. Potem znienacka pojawiają się agresywne akordy na pianinie i bass. Niepewność wzrasta – co to jest? Skąd dochodzą te dźwięki? KTO TAM?! Wreszcie wchodzi perkusja - widzimy tajemniczego wędrowca w całej okazałości. Możemy dostrzec jego zasępione oblicze. Twarz pooraną przez czas i wysmaganą wiatrem bezkresnych równin. Jego sylwetka jest ciemna i niewyraźna w szarym świetle kończącego się, jesiennego dnia. Skąd przyszedł? Dokąd zmierza? Te pytania wiszą w powietrzu, ale nikt ich nie zada. Nieznajomy zdaje się widzieć tylko swój cel, nadprzestrzeń. Mija nas. Idzie dalej, stapia się z szarością. Po chwili jego kroki milkną. Zostaje tylko intrygujące wspomnienie...
W tej zielonej herbacie nic nie było, a jednak…pewne omamy wystąpiły. Tytułem zakończenia dygresji trzeba zastrzec, że ten utwór wyróżnia się na tle innych dokonań Weather Report kolejno: mrocznym nastrojem, agresywnością, jest dynamiczny i rytmiczny, a Zawinul posługuje się niskimi dźwiękami (nie ukrywam, że jego „popiskiwanie” w wysokich tonacjach na syntezatorze jest często irytujące…). Wszystkie elementy tworzą doskonałą, nastrojową harmonię. A do powstania tego dzieła przyczynili się: Wayne Shorter (sax i inne), Joe Zawinul (klawisze i efekty), Alphonso Johnsona (bas), Ishmael Wilburn i Skip Hadden (perkusja) oraz Dom Um Romao (konga itp.).


W erze hip-hopu wyjątkową karierę zrobiły agresywne akordy na pianinie z „Misterious travellera” (chociaż te niepokojące dźwięki na początku także słyszeliście pewnie na niejednej płycie). Ten sampel idealnie nadaje się do jakiegoś ostrego, ulicznego kawałka. Wystarczy nie spieprzyć aranżu perkusji, basu…i mamy hit gotowy. Poznajmy więc tych, którzy poszli na łatwiznę, doceniąc przy tym ich „nos” do sampli.
Najnowszy prezentowany tu utwór, „Sucks don’t respekt it”, pochodzi z wydanego 1998 roku albumu Rasco pt. „Time waits for no man” (zaburzyłem chronologię, ponieważ właśnie ten utwór znam najdłużej; miałem tę płytę tuż po jej wyjściu w Stanach). Autorem podkładu jest Peanut Butter Wolf – producent i właściciel znanej wytwórni „Stones Throw”. Dodam jeszcze, że reszta „Time waits…” Rasco jest nie gorsza. Polecam.


Następnie mamy „Dangerous” efemerycznego twórcy rapu z drapieżnym flow, niejakiego Bas Blasta. W 1994 roku wydał ten singiel i zniknął. Za bit, który w końcu interesuje nas najbardziej w tym cyklu, odpowiada duet producencki The Groove Merchatz, w składzie Godfather Don (dosyć znany w nowojorskim podziemiu; lubi surowe i mroczne bity) oraz Victor Padilla.


A na koniec tytułowy utwór z klasycznej płyty Kool G Rapa „4, 5, 6”. Za produkcję odpowiadał tu Dr. Butcher, związany z grupą didżejską „The X-Men” (później „The X-ecutioners”, już bez niego w składzie). Tu też, oprócz poniższego tracku, należałoby poznać całą płytę.

Jedi Mind Tricks - Uncommon Story (A Vietnam Story)

"Uncommon Valour (A Vietnam Story)" to przykład niezwykle dopracowanego i przemyślanego kawałka. Ponury i minimalistyczny bit, autorstwa Stoupe'a z Jedi Mind Tricks, wspaniale koresponduje z mrocznymi wspomnieniami z wojny w Wietnamie zawartymi w zwrotkach Vinnie'go Paza i Rugged Mana. Ciemny nastrój utworu potęgują również chropowate głosy obu panów (ze wskazaniem na Vinnie'go). Co do tekstów, to RA przechodzi sam siebie - w prostych słowach odamlowuje historię życia swojego ojca - starszego sierżanta Johna A. Thorburna - który w Wietnamie był strzelcem w załodze śmigłowca "Green Hornet". Nie jest to wesoła opowieść, ale warta wysłuchania - flow Rugged Mana płynie i spada na bit kaskadami słów, które...Nie ma co nad rapowymi tekstami popadać w egzaltację. W końcu to nie Słowacki. Zatem posłuchajcie!



P.S. "Uncommon valour" znajduje się na albumie "Servants in Heaven, Kings in Hell" Jedi Mind Tricks.