piątek, 16 kwietnia 2010

Historia pewnego sampla XIII

Staram się prezentować taką muzykę sprzed lat, która ma większą wartość niż tę, wynikającą z faktu jej zsamplowania. Niestety, nie zawsze mi się to udaje. Czasem po prostu trafiam na znajomo brzmiący fragment kiepskiej piosenki i cóż…zaraz dodaje go do swoich blogowych rezerw. Tak było i tym razem. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie mając na uwadze, primo, żałobę narodową, która swoją atmosferą zmusza mnie i was do samobiczowania (tym bardziej dotkliwego im bardziej nie darzyliśmy sympatią niektórych ofiar Smoleńskiej Gehenny), secundo, symbolikę liczb – to trzynasty odcinek HPS, a to nic dobrego nie wróży. Zatem zapraszam wszystkich romantycznych pokutników-masochistów na wspólne oczyszczające duszę męki - zada je nam kat z Cleveland, Bobby Womack.
„And I love her” to piosenka The Beatles z 1964 roku. Osiem lat później, na swojej płycie “Understanding”, Bobby Womack przerobił ją nie do poznania. Spowolnił tempo, wydłużał każde słowo i powtykał pomiędzy nie mnóstwo ozdobników. Dodał wzmagające nostalgię skrzypeczki. Z rockowej balladki zrobił dramatyczny miłosny manifest. Można odnieść wrażenie, że jego uczucie przeraża go swoim ogromem. Jest jak wielki cukierek, który dźwiga na plecach. On naprawdę KOCHA go dźwigać, ale nie wie jak długo da radę go utrzymać. Dlatego też jego rozdzierający śpiew brzmi jak apel o pomoc. „Pomóżcie mi, bo ta MIŁOŚĆ zaraz mnie przygniecie” – daje do zrozumienia Womack. Przez całą piosenkę krzyczy, jęczy i zawodzi jakby zaraz miał paść i umrzeć. Piosenka ma beznadziejny tekst, ale nie ulega wątpliwość, że mówi o miłości szczęśliwej. Bobby zaśpiewał ją tak jakby był cyganką biadolącą nad grobem zmarłego męża. Jego interpretacje da się porównać do jednego z tragicznych wydarzeń w historii Polski – „Mazurka Dąbrowskiego” wyśpiewanego przez Edytę Górniak na mundialu w Korei. Ci, co go słyszeli uchwycą analogię w mig, a tych co nie dostąpili tej przyjemności odsyłam na Youtube. Tym samym zakończę czepianie się stylistyki R&B/soul. W końcu nie wszystkich wykonawców tego gatunku muzycznego potępiam. Dla mnie najważniejszy był początek utworu, gdzie znajduje się sampel użyty przez Willie’go Gunza, 9th Wondera i Ośkę.


Willie Gunz wyciął początek piosenki. Dodał perkusję…i wsio. „Pose ton gun” to jego jedyna produkcja na wybornej – nieraz tu wspominanej - płycie „Supreme NTM”. Co do samego Willie’go, to nie jest on ani znanym, ani wybitnym twórcą. Jest koleżką Pete Rocka i A.D.O.R’a. Od czasu do czasu wrzucał pojedyncze bity na albumy ich wspólnych znajomych, typu YG’s.


9th Wonder przyciął sampel trochę inaczej ale dodał do niego swój charakterystyczny zestaw – mocną stopę i przesterowany, pierdzący bas. Brzmi nieciekawie. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu lubiłem jego produkcje, a szczególnie debiutancki album Little Brothera, „The Listening”. Teraz, po przesłuchaniu „Speed”, tylko boli mnie głowa…Znów samobiczowanie…


A na koniec Ośka. Przyznacie, że on uczynił z tej próbki najlepszy pożytek, choć podobieństwo do bitu Gunza jest spore. Po prostu dołożył fajniejsze bębny. Co do samego teledysku, to proszę zwrócić uwagę jakie doskonałe graffiti znajduje się za Nr Razem. Czyżby wspomogli go domorośli artyści spod znaku „Spoko dzieciak”? Na koniec proszę zwrócić uwagę na prawdziwy hiphopowy chód Numera i jego ziomków – coś pomiędzy Herr Flickiem z Gestapo a Forestem Whitakerem w „Ghostdogu. To jest dopiero miejski szyk i smak.


środa, 14 kwietnia 2010

Historia pewnego sampla XII

Po długiej przerwie spowodowanej zniechęceniem autora bloga do muzyki powracam. A wraz ze mną powraca motyw, który bez trudu rozpozna każdy, kto choć otarł się o polski rap. Na początek jednak, jak nakazuje tradycja, wstęp o źródle.
Mamy w Polsce dwóch skrzypków jazzowych na światowym poziomie. Pierwszym jest Michał Urbaniak. Wybitny instrumentalista, a do tego świetny kompozytor i aranżer, który w swoim umiłowaniu do eksperymentów i gadżetów dorównuje - i tu nie bójmy się porównań – Milesowi Davisowi i Herbie’mu Hancockowi. Znany jest głównie dzięki swoim sukcesom w Stanach. W przeciwieństwie do niego, skrzypek numer dwa wybrał karierę w kraju. Nazywa się Krzesimir Dębski. Z Urbaniakiem łączy go – oprócz gry na tym samym instrumencie – to, że także był w pierwszej dziesiątce najlepszych skrzypków jazzowych magazynu „Down Beat” i komponował muzykę filmową. Na tym podobieństwa się kończą. Wybrali różne drogi. Urbaniak od dziecka chciał grać jazz, grał jazz i będzie grać jazz. Dębski grał jazz i funk tylko na początku swojej kariery. Później robił już wszystko byle nie to. Wymienię tylko ważniejsze punkty jego CV: występował z kabaretem Tey, współpracował z Teatrem Ósmego Dnia, nagrywał z Charlesem Tolliverem (trębaczem znanym z zespołu Jackie’go McLeana); pisał piosenki dla Edyty Górniak, Rynkowskiego, Kayah, Sojki, Szcześniaka, a nawet Zdzisławy Sośnickiej (też czasem samplowanej, więc może się kiedyś tu pojawić). Komponował także muzykę symfoniczną w ilości takiej, że nie podejmę się wszystkiego tu wynotować. Dużą część jego dokonań stanowi muzyka do filmów („Kingsajz”, „Deja Vu”, „W pustyni i w puszczy”, a nawet „Ranczo Wikowyje”), seriali („Janka” z młodą Agnieszką Krukówną, no i „Ranczo”) i sztuk teatralnych. Próbował sił w projektach niszowych i na wskroś komercyjnych – od aranżowania partii smyczkowych i dyrygowania orkiestrami symfonicznymi do współtworzenia piosenki z serialu „Klan”. Różnorodność i bogactwo jego dorobku artystycznego robi wrażenie. Mnie interesuje głównie zapomniany okres działalności Dębskiego z lat osiemdziesiątych, kiedy stał na czele zespołu String Connection. Formację tę utworzył w 1981 roku w Poznaniu. Ich pierwszą płytę – „Workoholic” – wydała wytwórnia Poljazz w rok później (na pewno wytłoczono ją w moich Pionkach…). Trzon zespołu stanowili Krzysztof Ścierański (bass), Andrzej Olejniczak (saksofony), Zbigniew Lewandowski (perkusja) i Janusz Skowron (klawisze). Każdy z nich to postać legendarna w małym polskim jazzowym światku. Słuchając niektórych (bo nie mam dostępu do pełnego albumu) utworów z „Workoholic” muszę powiedzieć, że ma to swoje pełne uzasadnienie. „Bokra” to czyste disco – styl identyczny jak w Stanach na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, jak na płytach Eddie’go Hendersona i Hancocka nagranych po 1976 roku. Aranżacja genialna – żadnej nudy, dużo zmian rytmu, wspaniałych detali i genialne solówki. Noga sama chodzi – pozwólcie, że posłużę się wyświechtanym sloganem. I zwróćcie uwagę na ten bass – Ścierański wymiata. Następny kawałek to „Cantabile in h-mol”. To już czysto typowa polska odmiana smooth jazzu. Ballada liryczna, słodziutka, a przy tym pełna smutku i zadumy. Można spokojnie napisać do tego tekst o nieszczęśliwej miłości, odrzuceniu i gapieniu się w księżyc. Ci co znają pierwsza płytę Molesty wiedzą, że DJ Volt zsamplował pianino z początku tego kawałka w podkładzie do „Armageddonu”. Z resztą ten sam producent upodobał sobie także tytułowy utwór String Connection z tego samego albumu, „Workoholic”. Też dobrze buja, choć nie jest tak szybki jak „Bokra”. Nie powstydziłaby się go żadna gwiazda zza Atlantyku. To europejski hit w amerykańskim stylu na miarę „Pick up the pieces” Average White Band.

Posłuchajcie jak Volt dostosował go swoich potrzeb w bicie do „Się żyje” na „Skandalu” Molesty.

Co ciekawe, niemal tej samej próbki użył Thes One – główny autor charakterystycznego, analogowego, brzmienia formacji People Under The Stairs (PUTS) – w bicie do „80 blocks from Silverlake” z albumu „Carried Away” . I tak jak Volt zrobił hit. Z głównego motywu „Workoholic” każdy rap-producent zrobiłby szlagier. Jednak dla PUTSów – duetu z LA – takie osiągnięcia nie są niczym wyjątkowym, gdyż nagrywają same dobre płyty (może z wyjątkiem „Fun DMC”). Zarówno Thes One jak i Double K są mistrzami w wyszukiwaniu sampli, ich umiejętnym loopowaniu i doprawianiu perkusją tudzież basem. Na tej płaszczyźnie są takimi Beatnuts Zachodniego Wybrzeża. Z tą różnicą, że stronią od syntetycznych dźwięków, smutnych tekstów o życiu getta, twardzielstwa a la Compton, „cykaczy”, piszczałek, kobiecych wokali, gościnnych MC i kręcenia teledysków. Tych zasad trzymają się kurczowo i zanosi się by z nich zrezygnowali. Dlatego też marnie wróżę ich komercyjnej przyszłości i cieszę się, że – używając zwrotu złotoustego Aleksandra K. - „nie idą tą drogą”. „Carried away” jest świadectwem ich wysokiej formy. Sugeruję skoncentrować się na kawałkach „Come on, let’s get high”, „Hit the top”, „Down in LA”, „Carried away” i „My boy D”. Unikajcie utworu „Beer”, bo to taki zgagotwórczy „Beer”, taki amerykański „Żubr”.

Oto reszta utworów wymieniona w tekście. Polecam wszystkie!


czwartek, 4 marca 2010

Historia pewnego sampla XI

Ostatnio znów przypadkowo znalazłem sampel z utworu, do którego ciężko by było mi trafić, gdybym kierował się w eksplorowaniu youtube’a jedynie moimi gustami, stąpając po wydeptanych muzycznych szlakach. Znów zgubiłem drogę i znalazłem dziwnie znajomy utwór. Przynajmniej pierwsze nuty były mi dobrze znane. Któż to? Patrzę: wykonawca – Joni Mitchell, tytuł – Edith and The Kingpin (1975, „The Hissing Of Summer Lawns”). Wsłuchałem się w jej łagodny głos, elektryczne pianino (Joe Sample – mistrz z Jazz Crusaders), flet. Cudowna balladka. I ta inwokacja na gitarze stająca się głównym motywem…Za pierwszym przesłuchaniem chciałem to wyłączyć - nie znoszę białych wokalistek a la Tori Amos - ale później się przekonałem. Pomimo tego, że to kolejna piosenka o podrywie w barze. Wrażliwa Edith i lokalny gangster. Historia stara jak świat z której żyły pokolenia bardów, minstreli, wioskowych dziadów i cygańskich muzykantów. A jednak jej wysłuchałem. Starzeje się. Nie tylko ja to zrobiłem. Musieli to zrobić jeszcze E-Swift i Ostry.

„Edith and The Kingpin” wydał mi się „dziwnie znajomy”, ponieważ główny motyw z niego usłyszałem 10 lat temu w kawałku „Lowlands Anthem (pt. 1)” na płycie „Focused Daily” Defari’a. Za bit i skrecze odpowiada E-Swift, wtedy etetowy producent The Alkoholiks. Spokojny, brzmiący sentymentalnie instrumental genialnie pasuje do tekstu Defari’a poświęconego pięknu jego rodzimego miasta i stanu – Los Angeles i Kalifornii. Utwór należy do najlepszych na krążku. Wielu moich znajomych mówi, że to raczej przeciętna płyta. Ja mam do niej sentyment i uważam, że jest całkiem dobra – kojarzy mi się z licealną beztroską i pisaniem życiowych planów patykiem na wodzie. Poza tym kupiłem ją drogo i, jak zawsze w takich wypadkach, koszty jakie poniosłem podnoszą w moich oczach jej wartość artystyczną. Zaręczam was, że jest to czynnik o niewielkim wpływie. Naprawdę warto ją poznać. Za produkcję, poza E-Swiftem, odpowiadają Alchemist i Evidence, którzy wtedy stawiali swoje pierwsze kroki. Tak dobrych utworów jak „405 Friday’s”, „Checkstand 3” i „Focused Daily” się nie zapomina. Tak jak chce się zapomnieć o takich niewypałach jak „Never lose touch”, „Yes indeed” i „No clue”.

Po tę piosenkę sięgnął również Ostry. Przesłuchajcie bit do kawałka „Problemy” na pierwszym CD „Jazzu w wolnych chwilach”. Brzmi dosyć smutno i refleksyjnie - tak jak produkcja E-Swifta. Tylko Ostry, jak prawie w każdym kawałku z płyt po „Masz to jak w banku”, napisał tekst o niczym. Jestem pewien, że po prostu pisał wszystko, co mu się skojarzyło z tą muzyką. Byle do rymu i do taktu. Po czym to nagrał. Flow jest, jak zwykle u niego, perfekcyjnie skrojony. Przekazu zero, ale jego rapowy wdzięk obraca każdy bełkot w złoto, a instrumentale są z płyty na płytę coraz lepsze. Za to go szanuję i uwielbiam. To największy działający polski MC i producent. I koniec.

środa, 3 marca 2010

Z okazji 200 urodzin Chopina...

Przyłączam się do obchodów dwusetnej rocznicy urodzin Fryderyka Chopina. Najpierw jego arcysmutne i piękne preludium E-minor (op. 28 nr 4). A później kawałek "That's my people" Supreme NTM z samplem z ów utworu.


Historia pewnego sampla X

Postanowiłem zintensyfikować moją działalność w związku z niekontrolowanym przyrostem nowych muzycznych odkryć. W okrągłym już – dziesiątym – HPSie zamierzam zaprezentować trzy wcielenia sampla pobranego z piosenki „Funky Song” zespołu Ripple. Była to grupa stosunkowo mało popularna w latach siedemdziesiątych zespół R’n’B funkowy z Michigan. Na liście przebojów R’n’B furorę zrobiło tylko kilka ich singli, między innymi „I Don't Know What It Is, but It Sure Is Funky” (11 miejscu), „Willie Pass the Water” (miejsce 27) i właśnie „Funky song” (dopiero 41). Przy czym wszystko co najlepsze w ich twórczości zmieściło się na ich debiutanckim krążku „Ripple” z 1973 – cieszyli się raczej sezonową sławą. Ich prezentowany tutaj utwór zaczyna od kilku szybkich i wysokich akordów na gitarze (ti-tu-ti-tu-ti tu-tu – w zapisie mocno nieformalnym). Niby kilka dźwięków z przeciętnego wytworu funkowej belle epoque, a jednak Madlib, Explicit Samourai i Kenny Segal potrafili zrobić z nich świetne bity. Posłuchajcie najpierw Ripple.



Gitarkę z „Funky song” w 1999 roku pociął, i całkiem sensownie potem poskładał, sam Madlib. Dokonał tego w bicie do „Trouble N Da West (Who's Crew?)” z pierwszej płyty Declaime’a „Illmindmuzik” (wyprodukował ją całą). Wśród rapujących słyszymy, kolejno, Evidence’a, Wildchilda, Madliba i Declaime’a – przyznacie, że każdy z nich wykonał dobrą robotę. Słucham tego od 10 lat i jeszcze mi się nie znudziło! Co do pozostałych kawałków na płycie to jest różnie. „Roll’em right” i „Let it be known” są fenomenalne – relaksujące, oparte na gitarowych, „zakurzonych”, trzeszczących samplach idealnie współgrających ze skrzekliwym głosem i leniwym flow Declaime’a. „Illmindmuzik” zostało obdarzone bitem, który brzmi jakby stworzył go kataryniarz z perkusistą orkiestry strażackiej. Jest to połączenie hipnotyzujące, a przy tym nie usypiające, szczególnie dzięki wokalowi Dudleya Perkinsa (jak brzmi prawdziwe imię i nazwisko Declaime’a). „World domination” i „Wicked ways” są kiepskie. Mocna perkusja i minimum sampli. Reasumując, jest to płyta dobra, choć o bardzo zróżnicowanym poziomie utworów. Warto ją znać.

Następny kawałek, gdzie możemy znaleźć omawiany sampel, to „Bling bling (street chic)” z albumu „RAP” (2005) formacji Explicit Samourai (w składzie Leeroy Kesiah, Specta i DJ Eddy Kent). Ten bicik jest owocem kolektywnej pracy zespołu. W odróżnieniu od Madlib nie cięli tego sampla tak krótko, nie przetasowali go po swojemu, tylko po prostu zaloopowali. Do tego dołożyli jeszcze „próbkę” instrumentów dętych – i już było pięknie! A żeby było jeszcze lepiej, to część rytmiczną zrobili nie tylko z handclapów, stopy i basu, ale również z bębenka. Wyszedł im kawałek mocno bujający, wręcz taneczeny, który wspaniale pasuje do doskonałego technicznie i niebanalnego stylu rymowania Leeroy’a i Specta’y. W końcu obaj panowie wywodzą się ze znanej, lecz nieistniejącej już niestety, francuskiej grupy Saian Supa Crew (to taka europejska wersja Freestyle Fellowship zafascynowanych beatboxem i stawiających na doskonalenie formy kosztem treści) słynącej z wokalnej wirtuozerii. Z resztą Explicit Samourai występowali w Polsce, więc może ktoś z was już o nich słyszał. Ci, co ich nie znają, niech ocenią całą „RAP” sami.



Ostatni producentem, który znalazł się tu przez używanie „Funky song”, jest Kenny Segal. Jest to niemłody już bitmejker i dzidżej powiązany z Project Blowed, czyli muzycznym plemieniem wodza Aceyalone’a, składającym się głównie z weteranów podziemia LA, którzy zaczęli swoje kariery w „Good life Café” w połowie lat dziewięćdziesiątych. Jego instrumentale można było znaleźć na solowych płytach właśnie Aceyalone’a oraz Abstarct Rude’a, Myke 9, The A-Team i Haiku d’Etat. Swój pierwszy producencki album – „Ken can cook” - nagrał dopiero w 2008 roku. Z niej pochodzi prezentowany poniżej singiel „Backyard BBQ”. Sampel z hitu Ripple został tu trochę spowolniony i rozciągnięty. Ma tu niewielką rolę – właściwie wzbogaca rytm. O sile tego utworu decydują raperzy i ich zróżnicowane stylowo zwrotki: śpiewający Abstarct Rude, zdyscyplinowani Nocando i Aceyalone oraz zwariowany Busdriver. Ten kawałek z pewnością zasłużenie wybrano do promocji płyty. No i jeszcze ta brunetka z teledysku…Mmmm. Przyjrzyjcie się jej uważnie. Kończąc, chciałem wam polecić całą płytę Segala – pojawiają się na niej najlepsi MC z Project Blowed, a Kenny prezentuje nam wiele swoich muzycznych oblicz (ma ich więcej niż Światowid!) i każde z nich powinno przypaść wam do gustu. Szczególnie jeśli lubicie jazzowe sample zrobione „na twardo”, a nie „na miękko”, w stylu Jazz Liberatorz i Dela.


sobota, 27 lutego 2010

Rob Mazurek Quintet w Polsce













W przyszły weekend odbędą się w Polsce trzy koncerty Rob Mazurek Quintet: w Warszawie w Powiększeniu (5 marca w piątek), w poznańskiej Estradzie (6 marca w sobotę) i we wrocławskim Ośrodku Postaw Twórczych (7 marca w niedzielę). Warto się na któryś z nich wybrać, ponieważ Mazurek to rzadki okaz muzyka awangardowego, którego awangardowość nie powoduje zszargania unerwienia i chęci ucieczki poza zasięg jego dźwięku. Wiem co mówię. Byłem na koncercie jego supergrupy Exploding Star Orchestra w łódzich Toya Studios i do dziś wspominam to jako przeżycie niemal mistyczne. Mazurek, grający na kornecie, wystąpi w towarzystwie Jasona Adasiewicza (genialny wibrafonista - polecam jego twórczość tym, którzy lubią awangardę lat sześcdziesiątych i Erica Dolphy'ego), John Herndon (perkusja), Matthew Lux (gitara basowa) i Josh Abrams (kontrabasista związany z arcyciekawą formacją Black Earth Ensamble znakomitej flecistki Nicole Mitchell). Wszyscy Panowie reprezentują Chicago i można ich, rok w rok, jesienią posłuchać na poznańskim festiwalu "Made in Chicago". Tymczasem znienacka pojawia się okazja by wysłuchać ich w innych okolicznościach przyrody. Ceny biletów od 15 do 40 złotych. Polecam!

http://www.robmazurek.com/

http://www.myspace.com/robmazurek

http://www.myspace.com/jasonadasiewicz

http://www.myspace.com/explodingstarorchestra

Więcej o koncertach tu.

piątek, 26 lutego 2010

Historia pewnego sampla IX

Idę za ciosem – kolejny HPS. Wracam do klasycznych źródeł sampli – soulu i funku lat siedemdziesiątych - oraz łączę dwa wątki wcześniej poruszone. Co ten bełkot ma znaczyć? Ano to. W 1970 roku Isaac Hayes – który już raz pojawił się w moim cyklu – stworzył singiel „The look of love” (płyta „…To be continued”), będący jego adaptacją przeboju Burta Bucharacha (kolejną z resztą – Hayes lubił korzystać z jego dorobku). Co prawda jest to utwór miłosny, ale na próżno szukać w nim jakiejś intymności, atmosfery randki w jakieś małej restauracji czy, nie daj Boże, uroku cichej serenady na gitarze. „The look of love” to raczej strzał Amora-artylerzysty o muskularnym ramieniu z różowej „Grubej Berty” w serce wielkości Pałacu Kultury. Strzał, którego huk niesie się po górskiej dolinie, dzwoniąc w uszach dłuuugo po wystrzale. Aranżacja Hayes to erotyczny monument w podniosłym nastroju – wsłuchajcie się w tą orkiestrę – podobnym li tylko hymnom państwowym…albo innym kiczowatym soulowym utworkom o miłości sprzed trzydziestu lub czterdziestu lat. Jakbym niegdyś odniósł sukces jako południowomazowicki separatysta i, jako przywódca Republiki Warcholskiej ze stolicą w Radomiu, stanął przed dylematem powierzenia komuś misji skomponowania hymnu to z pewnością powierzyłbym ją tylko wskrzeszonemu z martwych Isaacowi Hayesowi. No, ewentualnie mógłbym się dogadać z duetem Włodzimierz Korcz-Edyta Górniak – ona z pewnością mogłaby wysmażyć coś równie podniosłego, tak jak w Korei osiem lat temu, a on - no cóż – liczyłbym na jego przypływ geniuszu. Ach…porzucam te jakże kuszące sny o potędze by zakończyć rozważania o „The look of love” stwierdzeniem, że utwór ten, tak jak prawie każdy stworzony przez Hayesa, był bardzo często „przycinany”, wzdłuż i wszerz, przez producenckie empecetki (i ich nobliwe poprzedniczki) do potrzeb rap-muzyki. Od razu zastrzegam, że nie będę wymieniał wszystkich bitmejkerów, którzy to uczynili. Skupię się tylko na kilku kawałkach, w których fragmenty omawianego przeboju sam namierzyłem.

Na pierwszy ogień idzie legendarny marsylski zespół IAM. Sampel z Hayesa pojawił się na ich drugiej płycie, „…De la planete de Mars” z 1991 roku, w utworze nr 4, czyli „Tam-tam de l’Afrique”. Bit jest dziełem całego zespołu, a za perkusje odpowiadają Imhotep i Shurik’n. Ten ostatni jest tutaj również jedynym rapującym – bardzo agresywnie i rewolucyjnie z resztą, jak to często miało miejsce w epoce „starej szkoły”. „Tam-tam…” wyróżnia się na tle całego krążka swoją ponadczasowością. Da się go słuchać i dziś, podczas gdy większość kawałków z „…De la…” „trąci myszką”. Ale to ma swój urok. Szczególnie jeśli ma się oryginalną okładkę ze zdjęciem grupy: sześciu facetów w garniturach, z fryzurami jak Spike Lee w „Do the right Thing” (Akhenaton nawet w białym golfie z krzyżem na piersiach), stoi i zimnym wzrokiem patrzy się w obiektyw (Shurik’n spode łba – à la Kaszpirowski). Za nimi rozpościera się panorama starego portu w Marsylii…Do tego wewnątrz okładki można znaleźć ich teksty, jakby ktoś nie zrozumiał ich dykcji, i…słowniczek wyrażeń slangowych. Gdzie się podziały takie staroświeckie wydania? Aha, oprócz próbki z „The look of love” użyto tu również sampla z utworu „Pastime paradise” Steve’ego Wondera – na pewno skądinąd go znacie…


Kolejnym bitmejkerem stosującym rzeczoną próbkę był MC Eiht w utworze „Niggaz strugglin’” swojej formacji Compton’s Most Wanted (CMW). Możecie go znaleźć na ich płycie „Music to driveby”z 1992 roku. Jest to całkiem ciekawy kawałek, choć nie umywa się do tego co w owym czasie w LA robił Dre i DJ Yella.

Następnym kawałkiem w którym można znaleźć próbkę z hitu Hayesa jest „Neva go back” Special Eda, z płyty „Revalations” z 1995 roku. Producentem utworu jest Howie Tee, związany przez lata nie tylko z Edem, ale również z Chubb Rockiem (walnie przyczynił się do budowy wielkich karier obu panów). „Neva go back” można nazwać ostatnim wielkim dokonaniem jednego Królów Oldskulu. Później Special Ed stał się cieniem samego siebie… i to już gdy miał 22 lata…


Na koniec Steve zagra „Pastime paradise”...

czwartek, 25 lutego 2010

Dwa starocie

Ostatnio wpadły mi w ucho dwa starocie. Pierwszy to "Old man" z płyty braci Mussard "La garde" (Faf la Rage i Shurik'n). Drugi to coś ze "złotych lat" Madliba - kawałek "Roll'em right" z debiutanckiego albumu Declaime'a "Illmindmuzik". Sprawdźcie!


wtorek, 23 lutego 2010

Historia pewnego sampla VIII

Dzisiaj samplowa historia będzie krótka. Krótka, ponieważ nie przepadam za raegge, a taką właśnie muzykę wykonują moi dzisiejsi bohaterowie – zespół Steel Pulse. Powstał on w Handsworth, dzielnicy Birmingham, w 1975 roku. Założyli go synowie imigrantów z Indii Zachodnich, przede wszystkim pochodzących z ojczyzny reggae – Jamajki. Liderem bandu jest wokalista, gitarzysta i kompozytor David Hinds – jedyny, oprócz Selwyna „Bumbo” Browna, członek formacji, który pozostał z jej pierwszego składu. Dziś odmłodzony Steel Pulse nie zwalnia tempa – dużo koncertują, nagrywają i nadal są doceniani. W 2004 roku byli nominowani do nagrody Grammy (była to ich czwarta nominacja). Jedyny raz udało im się ją zdobyć w 1985 roku, za album „Babylon the bandit”. Wtedy też usłyszał o nich cały świat. Lecz to nie koniec ich sukcesów. W 1993 roku wystąpili na inauguracyjnym przyjęciu Billa Clintona – byli jedynym zespołem reggae, który wystąpił kiedykolwiek na tej imprezie. Zastanawia mnie tylko czy nie czuli się wtedy jakoś wewnętrznie sprzeczni. Przecież Clinton, choć palił gandzie, to jednak się nią „nie zaciągał”, a poza tym stał na czele „bandyckiego Babylonu”. Może wierzyli, że pod wodzą chłopaka Arkansas „Babylon” stanie się „bandytą o dobrym sercu”? Co na to ojcowie założyciele ruchu Rasta? Porzucam te rozważania by przejść do sedna. W 1984 roku, pięknym roku moich urodzin, Steel Pulse nagrał album „Earth Crisis”. Płyta ta, oprócz wspaniałej, politycznie zaangażowanej okładki w której centrum dominuje postać Jana Pawła II, zawiera utwór „Bodyguard”. W rzeczonym utworze całkowicie przypadkowo znalazłem źródło sampla wykorzystanego przez A-Plusa (oczywiście z Hieroglyphics) i Stic. Mana (Dead Prez). Za długo się go nie naszukałem, bo znalazłem go już w przygrywce.

Pierwszym, który użył tej próbki był A-Plus – czołowy producent super-drużyny z Oakland, autor podkładu do mojego ulubionego utworu rapowego „You never knew” – w bicie do kawałka „Family and friends” na składankę Hiero „The building”. Przerobił ją skracając, dynamizując i dodając gustowne ozdobniki. Jego robotę podkręcił jeszcze Pep Love dodając bardzo dobry tekst, a dosłodziła go Goapele, wspaniała wokalistka, której uroda to jeden z najdoskonalszych przykładów zdolności Boga do tworzenia Czystego Piękna (Sprawdźcie jej zdjęcia, to zrozumiecie moją egzaltację). Przyznacie, że efekt ich współpracy jest doskonały. Hiero górą!


Gorzej poszło Stic. Manowi z Dead Prez, który ten sam sampel użył w podkładzie do kawałka „Like a window” (z płyty „Can’t sell dope forever” nagranego wspólnie przez Dead Prez i Outlawz). On po prostu tą przygrywkę ciut skrócił i zaloopował. Poszedł po najmniejszej linii oporu, ale mimo to nie zmarnował jej potencjału. Nawet ten męski wokal tego nie zepsuł. Steel Pulse – chapeau bas!

czwartek, 4 lutego 2010

Przypadkowo znaleziony sampel J. Rawlsa

Ostatnio przeszukując dorobek Quincy Jonesa i recenzje jego płyt (których nagrał naprawdę sporo) natknąłem się na interesującą płytkę – „Walking in space”. Album pochodził z „przejściowego” 1969 roku, po którym zapanowało fusion, jazz-rock i jazz-funk. Charakterystyczne dla tego czasu, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, były płyty big bandowe z nieśmiało wkraczającym funkowym groove’em jak „Detroit” Yusefa Lateefa oraz „Fat Albert rotunda” Hancocka. Jednak Jones na „Walking in space” pozostał na pozycjach konserwatywnych, w bebopowej stylistyce. I całkiem nieźle mu to wyszło. Piszę „nieźle”, a nie „dobrze”, ponieważ niestety zaprosił do współpracy również „podnucjące” trzy panny, które czynią relaksujące utwory sennymi. Mnie to troszkę irytuje. Szczególnie w kawałku „Killer Joe”, skomponowanym przez saksofonistę Benny’ego Golsona. Mimo to należy do najlepszych na krążku. Melodia łatwo wpada w ucho i masuje zmęczoną mózgownicę, czyż nie? Co ważne, wśród muzyków znajdują się same sławy tamtych lat, między innymi Hubert Laws na flecie, J. J. Johnsona na puzonie, Freddie Hubbard na trąbce i Ray Brown na basie. A i najważniejsze - właśnie w tym utworze znalazłem sampel fletu z „dęciakami” (od 40 do 47 sekundy), który użył J.Rawls w produkcji bitu do singla „Word Famous” (więcej tutaj).