poniedziałek, 26 października 2009

Souls of Mischief - Tell me who profits

Skoro już pojawili się na tym blogu zarówno Eddie Henderson, jak i Souls of Mischief, to postanowiłem znaleźć jakiś łączący ich wątek. Jest nim oczywiście, jak to na tę witrynę przystało, sampel. Nicią łączącą okazał się motyw pianina z utworu „Inside You” Eddie’go Hendersona. Pochodził on z płyty „Heritage” wydanej w 1977 roku. Dodam tylko, że nie została ona wyjątkowo doceniona przez krytyków, z wyjątkiem tego właśnie singla. Szesnaście lat później zrobił z niego dobry użytek Casual – stworzył bit do „Tell me who profits” na debiutancki album „93 till infinity” Souls of Mischief. Szczerze – Casual nie jest zbyt dobrym bitmejkerem i na każdej płycie Hiero, jego produkcje wypadają najgorzej (w przeciwieństwie do jego zwrotek). No cóż, tym razem nawet jemu się udało.



czwartek, 22 października 2009

Souls of Mischief - Montezuma's Revenge

Niebawem – w przeciągu miesiąca z kawałkiem – ma się ukazać nowy album Souls of Mischief „Montezuma’s Revange”. Nie sposób podać dokładnej daty jej wydania. Jedni podają, że będzie ona dostępna już 10 listopada, a drudzy, że dopiero 2 grudnia. Jednak moje zaufane źródło informacji – undergroundhiphop.com – nie ma jej na swojej liście pre-orders. A jak oni nic nie słyszeli o premierze listopadowej, to mam podstawy przypuszczać, że „Zemsta Montezumy” pojawi się w grudniu.
O płycie wiemy całkiem dużo. Znamy dwa single – „Tour stories” i „Lalala” – które pozwalają mi podejrzewać, że album nie będzie beznadziejny. W erze upadku rapu, w której obecnie żyjemy, to już dużo. Bity przypominają te z ostatniego albumu Hierogliphics „Full circle” – czyli nie zwalają z nóg i nie porywają. Flow Tajaia, Phesto, Opio i A-Plusa również nie uległ zdecydowanym przeobrażeniom. Poszlaki sugerują, że nic się nie zmieniło, pomimo zatrudnienia dodatkowej siły producenckiej w postaci Prince Paula. Ale to tylko poszlaki…Z werdyktem trzeba poczekać na cały album. Chciałbym, żeby zaskoczyli mnie formą z czasów „No man’s land” i „Third eye visions”, kiedy ich szybkie bity porywały, a flow był huraganowy. Teraz są ospali, przepaleni i „podtatusiali”…Mimo to z niecierpliwością czekam na renesans „Psotnych Dusz”.
Co do Prince Paula, to mam jedno życzenie – niech powtórzy tam choć jedną taką genialną produkcję jak „Me, Myself and I” De La Soul. Czy to w ogóle możliwe?





Lee Morgan "Gigolo"

Nadeszła „jesieńzima”. W związku z tym smutnym faktem musiałem ponownie skonfigurować moje playlisty. Chciałem by wypełniające je utwory korespondowały z moim minorowym nastrojem i paskudną aurą za oknem…Cóż więc lepiej pasuje do smutnej nostalgii zziębniętej istoty niż twórczość Johna Coltrane’a i jego kwartetu? Chyba nic, chciałem sobie odpowiedzieć, ale niespodziewanie na mojej drodze życia pojawił się J.Rawls i skierował moje myśli w zupełnie innym kierunku. Oto spytał się mnie czy znam historię trębacza Lee Morgana, bo jego kumpel John Robinson chce mi ją opowiedzieć. Mówię, że wiem, że Lee grał na trąbce u Blakey’go i McLeana…i wiem, że wciągał kokę…i wiem…I wtem mnie zagłuszyli biografią ów Morgana. Wysłuchałem uważnie, i muszę stwierdzić, że Rawls mógł się bardziej postarać, a ospały Robinson, imający się ambitnych, lecz niezbyt udanych, projektów jak „Scienz of life”, powinien nagrywać dla „Prosto” (na przykład współpraca z dynamicznym Fu mogłaby „wzbogacić jego technikę i poprawić dykcje”), albo odbyć inną formę pokuty. Na przykład wziąć Kasię Skrzynecką by zaśpiewała mu refren tak słodki jak ten, który wydobyła była z siebie dla Mezo. Zostawmy jednak dwóch Panów J – może się poprawią. Ich niewątpliwą zasługą było wskazanie mi twórczości Lee Morgana jako terytorium poszukiwań potencjalnych hitów. Udało się! Pośród bopowych „krzaczków”, jakie przeważnie sadził ów trębacz, znalazłem jedno zdrowe, coltrane’owskie „drzewo” – efekt jego współpracy z genialnym aranżerem-saksofonistą Wayne’m Shorterem, pianistą Mabernem, basistą Cranshawem i perkusistą Higginsem. Słyszycie jak Mabern wciela się w McCoya Tynera, a Shorter w „Trane’a”? Brzmi to wszystko bosko! Przy „Gigolo” reszta płyty wypada blado. Posłuchajcie zatem.

środa, 21 października 2009

"Rush hour" w "Slow traffic..."

Po tak zamulonym wpisie należy zaserwować kawałek rapu z górnej półki. Szanowni goście, oto singiel Lone Catalysts (z gościnnym udziałem Showtime’a) zatytułowany „Rush hour” podany w towarzystwie „You know the deal” Bennie Maupina. Pozwólcie zatem, że zadam Państwu zagadkę: jaka jest wspólna nuta obu dań i gdzie się ona dokładnie znajduje?
Za danie główne odpowiada doskonały twórca – J. Rawls – o którego dokonaniach mogę tworzyć li tylko laurki i hymny pochwalne do muzyki utrzymanej w wagnerowskich tonacjach. Autorem przystawki jest natomiast doskonały saksofonista z headhunterskiej drużyny Hancocka – Bennie Maupin. „You know the deal” pochodzi z jego drugiej solowej płyty „Slow traffic to the right”. Jest to album kolejnego sidemana Herbie’go Hancocka (po trębaczu, Eddie’m Hendersonie), który w ramach nakreślonego przez swego mistrza pola tworzy swoją własną jakość. Muzyka Maupina jest przestrzenna, spokojna, liryczna – nazwałbym ją „kojącym funkiem”. Można sobie ją „załączyć”, otworzyć piwko i gapić się w mroki nocy rozmyślając, na przykład, o upadku polskiego rapu (powstałego poza łódzkimi Bałutami) lub samku ciemnego Ciechana. Maupin naprawdę uspokaja! Zamieszczony tu kawałek jest zdecydowanie najbardziej dynamiczny i „bujający” na całym krążku. Reszta pozycji „Slow traffic…” może być stosowana jako masaż dla mózgownicy zmęczonej słuchaniem dynamicznej „Man-Child” Hancocka lub niepokojąco dzikiej, zalatującej „On the corner” i „Bitches brew” Davisa, „Inside-out” Hendersona. Kto wie? Może Bennie tworzył te utwory chcąc się wyróżnić spośród innych „łowców głów” wodza Herberta z Chicago? Kończąc te bezproduktywne dywagacje, chciałem dodać, że to pozycja warta słuchania. A szczególnie „You know the deal”. Zatem, „Enjoy!”, jak piszą Anglosasi na swych blogach.




C'est bizarre mon pote, n'est pas?

Łezka zakręciła się w kąciku mego oka. Czy wasze oczęta też się szklą, jak przy obieraniu cebuli?

East Flatbush Project - Tried by 12

Kiedyś znalazłem to na jednym z mixtape’ów DJ Babu i wpadło mi w ucho. Ten bit chodził za mną od lat, ale dopiero teraz go namierzyłem i schowałem do odpowiedniego zwoju mózgowego pod etykietą „East Flatbush Project – Tried by 12”. Tak jak Gank Move i ich „Real players and OG’s”, tak i w przypadku tego zespołu (producent Spencer Bellamy oraz raper DeS) ten kawałek jest ich jednym cennym dokonaniem – nie szukajcie więc kolejnych hiciorów, bo ich nie ma.

piątek, 2 października 2009

Gdzie jest sampel? Pierwiastek Bobby'ego Hutchersona w dorobku Madliba

Declaime (Dudley Perkins), zacny członek gangu Madliba zwanego CDP, od 1999 roku wydał aż 9 solowych płyt. Na początku kariery więcej rapował, mniej śpiewał. Teraz postanowił odwrócić te proporcje…i nie mam już wygórowanych oczekiwań względem jego twórczości. I pomyśleć, że jeszcze osiem lat temu wróżono mu wielką przyszłość. Album „Andsoitisaid” zdobył wielke uznanie krytyków i fanów podziemnego rapu. Nawet, nieistniejący już niestety, polski magazyn hiphopowy „Klan” przyznał Declaime’owi laury za najlepszą płytę w 2001 roku. Powróćmy więc do tych jakże szczęśliwych dla kalifornijskiego rapera chwil, i przesłuchajmy mój ulubiony kawałek z tej płyty pod tytułem „Don’t trip” z wybitną produkcją samego Madliba (także przeżywającego wtedy efektywno-efektowny okres).


Odkryłem niedawno, że Madlib wziął tutaj sampel fletu z kawałka „Movement” Bobby’ego Hutchersona. Utwór ten znajduje się na jego płycie „Components” z 1965 roku. Jest to wyjątkowy album – pół bopowy, pół post-bopowy. Tę pierwszą połowę zaaranżował sam Hutcherson. Można go pochwalić za liryczna balladkę, a właściwie kołysankę, pod tytułem „Little B’s poem”. Druga część, to dzieło perkusisty Joe Chambersa. Stanowią ją cztery kompozycje. Trzy z nich są mroczne – kojarzą mi się z muzyką do filmów gangsterskich z tamtych lat. Są świadectwem końca epoki bebopu. W przeciwieństwie do nich, ostatni utwór, „Pastoral”, jest tak spokojny, że mógłby być stosowany w terapii osób znerwicowanych lub chorych na bezsenność. Krótko mówiąc, Hutchersona, i jego ekipa, stworzyli jeden z najdoskonalszych albumów lat sześćdziesiątych. Dodam jeszcze, że w nagraniu jej uczestniczyły największe ówczesne gwiazdy wytwórni Blue Note: Freddie Hubbard (tp), James Spaulding (as, fl), Herbie Hancock (p, org), Ron Carter (b), Joe Chambers (d). Tyle tytułem wstępu.


Przejdźmy do konkursu „beznagrodowego”. Z całego „Components”, Madlibowi najbardziej przypadł do gustu kawałek „Movement”. „Wyciął” z niego partie fletu graną przez czołowego sidemana Blue Note’u, doskonałego flecistę, Jamesa Spauldinga. Zatem moje pytanie brzmi: od której do której sekundy „Movement” Hutchersona trwa sampel fletu użyty przez Madliba w „Don’t trip”? Odpowiedzi proszę wpisywać do komentarzy. Kto pierwszy tan ma satysfakcję!

wtorek, 29 września 2009

Historia Pewnego Sampla II

Bohaterem drugiego odcinka „Historii Pewnego Sampla” jest właściciel głosu Chefa z „South Parku” – Isaac Hayes. Ten zmarły przed rokiem znany piosenkarz i kompozytor soulowo-funkowy miał swoim dorobku sporo udanych albumów, w tym również z muzyką filmową. Właśnie w tej części jego dyskografii znajduje się płyta z muzyką do „Shaft’u” – dzieła kina blaxploitation. Pisząc „dzieła”, mam na myśli fakt, że jest to film lepszy niż inne z tego gatunku (na przykład omawiane tydzień temu „Superfly”). „Shaft” nie zalatuje tak ostro klasą B i nawet…jego fabuła może okazać się na tyle porywająca, że obejrzymy go nie tyle dla śmiechu, co chcąc ujrzeć rozwiązanie akcji. Tym, którzy jeszcze tego filmu nie widzieli, piszę: nie zrażajcie się początkiem, kiedy to w Richard Roundtree, grający tytułowego porucznika Shafta, przemierza Nowy Jork z miną faceta, który chce swoim wzrokiem zabić pół miasta, promieniując twardzielstwem niczym Bronisław Cieślak. Przeczekanie tej dłużyzny - Roundtree idzie…idzie i…idzie - umila nam właśnie kawałek Hayes’a, doskonały w swej funkowej miejskości. To duch tamtej epoki „zapisany dźwiękiem”. Majstersztyk. Niestety, jak wielu artystów, Hayes także miał kłopoty z utrzymaniem wysokiej formy. W trzy lata po „Shafcie” stworzył soundtrack do filmu „Though Guys”, w którym sam wystąpił. Z resztą, w doborowym towarzystwie, bo u boku Lino Ventury, znanego z filmów gangsterskich J.P. Melville’a z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Mimo wyciągnięcia z lamusa europejskiej gwiazdy, „Though guys” nie okazał się hitem. Taśma filmowa została zapomniana, a muzyka Hayesa żyje własnym życiem przetwarzana przez kolejnych rapowych producentów.
Przebojem z omawianej płyty, okazał się kawałek „Hung up on my baby” – utworek niezwykle przyjemny, z „relaksującą” gitarą i wspaniale zaaranżowanymi „dęciakami”. Hayes wzniósł się w nim na wyżyny kompozytorskich możliwości – zdecydowanie najlepszy track z „Though guys”!!!



Pierwszym, znanym mi, użytkownikiem tego sampla był Scarface z Geto Boys. Skorzystał z niego tworząc „Mind playin’ tricks on me” na album „We can’t be stopped” z 1991 roku. Jego produkcja okazała się genialna – singiel okupował listy przebojów obsypano go wieloma nagrodami. Jest najbardziej rozpoznawalnym utworem chłopaków z Houston.



Drugim był QD III, syn Quincy Jonesa. Na początku lat dziewięćdziesiątych QD był jednym z wyróżniających się „gangsterskich” bitmejkerów. Gitary z „Hung up on my baby” wykorzystał w „You know how we do it” z płyty „Leathal injection” Ice Cube'a. Przyznacie, że zrobił to dobrze. Tytułem dygresji, podobno w owym czasie QD szkolił w swoim rzemiośle Alchemista. Nie wydaje wam się, że uczeń NIE przerósł mistrza?



Producentami trzeciego z bitów był prapolski duet Majki & Korzeń. Fragment z „Hung up on my baby” wykorzystano w „Bez umiaru” z niezapomnianej, polskiej rap-płyty „Minuty” zespołu Stare Miasto.

sobota, 19 września 2009

Historia Pewnego Sampla I

Drodzy Afrosłowianie! W związku z nadmiarem pomysłów w mojej zakatarzonej łepetynie postanowiłem otworzyć dziś nowy cykl postów zatytułowany „Historia pewnego sampla”. Chciałbym w nim zaprezentować jak różni producenci rapowi obchodzą się z tym samym samplem. Będziecie mieli okazję posłuchać, jakie są różnice w ustawieniu bębnów i basów oraz jak kształtowały się flow’y poszczególnych MC w stosunku tej samej „próbki”. Co więcej, będziecie mogli także prześledzić jak w poszczególnych okresach historii hip-hopu zmieniał się sposób wykorzystania tego samego fragmentu. A jeśli jesteście ambitni, to możecie również rozważać czy na obróbkę sampla wpływało pochodzenie etniczne bądź społeczne producenta, a nawet szerokość geograficzna pod którą mieszka. Ponadto ten cykl ma być pretekstem do czaso-muzycznej podróży ku źródłom wszelkich sampli, czyli do jazzu, funku, r’n’b, soulu czy afrobeatu; powrotu do twórców wielkich, takich jak Fela Kuti, John Coltrane czy James Brown, i tych mniejszych, których dokonania zginęły w mrokach ludzkiej pamięci nie wchodząc do kanonu dzieł klasycznych, jak The Three Sounds, Lee Morgan czy The O-Jays. Podsumowując, chcę pokazać jak w arcyeklektycznym ruchu zwanym hip-hop połączyło się wiele muzycznych epok zmiksowanych w jeden, całkowicie nowy, postmodernistyczny twór.
Na początek chciałem wydobyć na światło dzienne Curtisa Mayfielda – gwiazdę soulu z lat 70-tych. – i jego piosenkę pt.„Hard Times” z albumu „There’s no place like America today” z 1975 roku. Rzeczony utwór powstał trzy lata po największym sukcesie Mayfielda, czyli ścieżce dźwiękowej do filmu blaxploitation „Superfly”, zawierającej takie hity jak „Superfly”, „Freddie’s dead” oraz „Pusherman”. Na niej słyszymy, że Mayfield jest nie tylko zdolnym piosenkarzem, ale przede wszystkim doskonałym aranżerem. Na kształt płyty bardzo dobrze wpłynęła pewna mroczność i miejska twardość wymuszona przez klimat filmu. Getto, dilerzy, kokaina, heroina i walka na pięści w gęstym od spalin nowojorskim uptown – muzyk nie mógł do takiej atmosferki podgrywać niczego co przypominałoby jego pozostałe płyty. Nie była to kolejna słodziutka jak torcik bezowy z lukrem i karmelem płyteczka, jak „Curtis”, „Roots” czy „Love”, gdzie w każdym kawałku wzdychał do jakiejś lubej, wyśpiewując całą gamę uczuć nie dających zmrużyć oka nocą rozedrganemu miłością podmiotowi lirycznemu. Przemiana z dworskiego minstrela w ulicznego barda zdecydowanie mu się opłaciła. Jego album zajął pierwsze miejsce listy Billboardu na miesiąc, a dwa single z tej płyty utrzymywały się w czołówce rankingów przez niemal rok.
Płyta „There’s no place like America today” jest stylistycznie bliższa „Superfly”. Brak na niej przesłodzonych kawałeczków o miłości, które momentalnie zalepiały słodkim miodkiem moje uszka odstraszając mnie skutecznie od jego pierwszych płyt. Natomiast na pierwszy rzut ucha wyczułem, że jest od swojej wielkiej poprzedniczki z 1972 roku mniej dynamiczna, „chropowata” i społecznie zaangażowana. Przeważają na niej utwory spokojne, wręcz relaksujące, pozbawione przy tym wszelkich symptomów muzyki obojętnej, takiej jak kotleciarski jazz czy klubowy chill out. Charakterystyczny głos Mayfielda - wspierany delikatnie przez gitarę elektryczną, rhodesy oraz boską sekcje rytmiczną, której wysiłki urozmaicają krótkie, acz treściwe, ozdobniki na kongach – łagodzi zdenerwowanie, wywołując nawet chęć na oszczędny ruchowo taniec. Zdecydowanie polecam wam kawałki „Billy Jack”, „Blue Monday People”, „Hard Times” no i oczywiście „So in love” – singiel, który wywindował ten album na szczyty list 34 lata temu.




Z wybranych przeze mnie producentów pierwszy użył tego sampla etatowy producent wytwórni Rap-a-Lot N.O. Joe (alias Joseph Johnson). Bit został wykorzystany na płycie „Till death do us part” legendarnego zespołu gangsta z Houston, Geto Boys, w kawałku „Murder after midnight” (marzec 1993 r.).




Drudzy sampel z „Hard times” wykorzystali Poor Righteous Teachers na albumie „Black business” (październik 1993 r.) w „Rich mon time”.




Trzecim użytkownikiem tego sampla był Dominic „Domino” Siguenza – naczelny producent, pochodzącej z Oakland, supergrupy Hieroglyphics. Wykorzystał mayfieldowski motyw w bicie do „Fallow the funk” z płyty „Fear itself” Casuala (1994 rok).





Czwartym wielbicielem „Hard times” jest człowiek legenda, człowiek instytucja – aktor, producent, raper i biznesmen – RZA alias Bobby Digital. Omawianego tu sampla użył w utworze „Cakes” ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Ghost dog” (1999 rok). W dodatku całkiem umiejętnie do niego zarymował do spółki z Kool G Rapem.



Która wersja podoba się wam najbardziej? Odsyłam do komentarzy.

czwartek, 17 września 2009

Janion, Powstanie, Klęska. Przeciw polskiej mitomanii.



Kiedyś uważałem Marię Janion za „mistrza Yodę” wszystkich polskich feministek wraz z ich całym „tęczowym” otoczeniem. Potem przeczytałem „Niesamowitą Słowiańszczyznę” i przeszedłem na jej „stronę mocy” – a dokładniej – stałem się wielbicielem jej książek a nie działalności w ruchu, z którego postulatami nie zupełnie się zgadzam. Całkowicie uwiodła mnie swoimi wywodami o Polakach jako narodzie postkolonialnym. Mieliśmy być, streszczając jej wywody, systematycznie dominowani kulturowo przez Zachodnią Europę od X wieku. Podboju naszych słowiańskich mózgów mieli dokonywać księża i mnisi z Zachodu z olbrzymią pomocą naszych możnych. Lud państwa Polan jednak niechętnie poddawał się tym zabiegom, niekiedy silnie występując przeciwko nowej wierze – spójrzmy na chociażby na powstanie Masława z 1037 roku. Tenże mazowiecki możny stanął na czele pogan przeciwstawiających się arcychrześcijańskim Piastom. Taka jest wersja podręcznikowa. Jednakże uczona podejrzewa, że Masława uważano za szczególnie niebezpiecznego buntownika nie dlatego, że stał na czele pogan, ale polskich chrześcijan obrządku wschodniego – naszego SŁOWIAŃSKIEGO. Przyznacie, że takich wyskoków całkowicie delegitymizujących „boską władzę” z Rzymu Kazimierz Odnowiciel i jego entourage nie mogli tolerować. Ciekaw jestem co by było gdyby Masław wygrał (oczywiście, jeśli teza o istnieniu polskiego obrządku chrześcijańskiego jest prawdziwa)? Mielibyśmy własną cerkiew z metropolią w Płocku? Starożytny mazowiecki Serock byłby stolicą kraju? A Mazowsze dostałoby wcześniej należny mu status PRIMUS INTER PARES regionów Polski (wiadomo!). Aż włos się jeży od takich rozważań.
Mnie jednak wciąż fascynują pozostałości pogaństwa w kulturze niewolniczo-pańszczyźnianej wsi polskiej. Na przykład dziady – polska wersja brazylijskiej Makumby czy Voodoo - które odprawiane były aż do XIX wieku, nie wyplenione przez księży i dziedziców. W swojej książce Maria Janion pokazuje więcej przypadków takich reliktów rdzennej słowiańszczyzny, które trwały w kulturze chłopów. Wskazuje również sposoby w jaki ten system mentalnej opresji ukształtował naszą kulturę – skąd w niej tyle kompleksów i niepewność własnej wartości kamuflowanej frazesami o „moralnych zwycięstwach” i nieustannym „chwalebnym męczeństwie”. Nie napiszę o „Niesamowitej Słowiańszczyźnie” ani słowa – jest to wiwisekcja polskiej duszy i mentalności z którą trzeba się koniecznie zapoznać. Jeśli nie po to by lepiej poznać swój kraj i jego dzieje, to po to by móc polemizować z myślą pani Janion.
Znów zacząłem od tyłu, a właściwie z boku. Bo nie o tej części dorobku pani profesor chciałem pisać. Zamierzałem skupić się na wywiadzie jako udzieliła niedawno Wyborczej. Nawiązując do jednej z jej wypowiedzi dotyczących mitu Powstania Warszawskiego, mnie w tym całym kramie symboli także kłuje w oczy pomnik Małego Powstańca. Fotografie dzieci-bojowników w hełmach z opaskami AK kojarzą mi się ze współczesnymi zdjęciami z Gazy, na których sześcioletni hamasowcy, „hodowani” by wysadzić się za wolność i Allaha, paradują w zielonych opaskach z „kawasznikowami” w dłoniach. W sierpniu i wrześniu 1944 roku powstańcy „walili głową w mur” tak samo jak Hamas od 20 lat w Palestynie. Ruszyli bez koniecznego uzbrojenia na wyćwiczone w boju oddziały niemieckie jak wojownicy Szaka Zulu z dzidami na armie kolonialne witające ich seriami z karabinu Maxim. Dlaczego ktoś na to pozwolił? Dlaczego wciąż w Polsce czci się nieodpowiedzialnych desperatów, wmawiając wszystkim, że byli to „bojownicy o honor”? Bo „tanio skóry nie sprzedali”? Mam ich szanować tylko dlatego, że mieli odwagę wziąć broń i strzelać porwani jakimś nieracjonalnym patriotycznym szaleństwem? Mam zapomnieć, że przez nich zginęło ćwierć miliona ludzi i niemal cała miejska infrastruktura została obrócona w perzynę? NIGDY! Tak jak nie powinno się zapomnieć tego, że w powstaniu brały czynny udział dzieci, ponosząc wszystkie koszty nierozważnych decyzji liderów politycznych pokolenia swoich rodziców. Liderów, którzy liczyli na pomoc Stalina w pokonaniu Niemców w Warszawie. Liderów oczekujących pomocy od Anglików i Amerykanów, którzy sprzedali ich wcześniej przy „zielonym stoliku” w Jałcie i Teheranie. Liderów, którzy chętnie oddali kilkaset tysięcy polskich żołnierzy w ręce alianckiego dowództwa. Żołnierze ci wyzwalali Anglię, Francję, Włochy, obficie ginąc w operacjach tak udanych jak lądowanie w Arnhem. Anglicy i Francuzi traktowali naszych żołnierzy jak swoje oddziały kolonialne złożone z Senegalczyków czy Sikhów, czyli jako „armatnie mięsko” (patrz casus Monte Cassino). Co ta cała sanacyjno-endecka elitka uzyskała dla nich w zamian? Nic. „Profesjonalni” politycy dali się wodzić za nos do samego końca uzyskując kolejno: zburzenie Warszawy, nadmiar polskich cywilnych i wojskowych ofiar wojny, wykluczenie Polaków z parady zwycięstwa w Londynie („…żeby nie drażnić Stalina…”), oddanie kraju w ręce „spadochroniarzy” z Moskwy na ponad 40 lat, niemal całkowite zapomnienie zasług Polaków na Zachodzie (przy czym wielu tamtejszych mieszkańców myśli, że to My wznieśliśmy obozy koncentracyjne!), Eldo wytatuował sobie Małego Powstańca na ramieniu...
Uff! Parafrazując powiedzenie mojego kumpla Piotrusia, chyba przesadnie „zadumałem się nad losem biednej Ojczyzny”. Dałem się porwać mojemu indywidualnemu patriotyzmowi i, co gorsza, momentami logice. To frustracje szczere, z których jestem gotów się tłumaczyć, gdy tylko ktoś mnie będzie o to nagabywał. Także piszcie. One Love dla wszystkich RACJONALNYCH PATRIOTÓW!

Aha!Oto link: