W przyszły weekend odbędą się w Polsce trzy koncerty Rob Mazurek Quintet: w Warszawie w Powiększeniu (5 marca w piątek), w poznańskiej Estradzie (6 marca w sobotę) i we wrocławskim Ośrodku Postaw Twórczych (7 marca w niedzielę). Warto się na któryś z nich wybrać, ponieważ Mazurek to rzadki okaz muzyka awangardowego, którego awangardowość nie powoduje zszargania unerwienia i chęci ucieczki poza zasięg jego dźwięku. Wiem co mówię. Byłem na koncercie jego supergrupy Exploding Star Orchestra w łódzich Toya Studios i do dziś wspominam to jako przeżycie niemal mistyczne. Mazurek, grający na kornecie, wystąpi w towarzystwie Jasona Adasiewicza (genialny wibrafonista - polecam jego twórczość tym, którzy lubią awangardę lat sześcdziesiątych i Erica Dolphy'ego), John Herndon (perkusja), Matthew Lux (gitara basowa) i Josh Abrams (kontrabasista związany z arcyciekawą formacją Black Earth Ensamble znakomitej flecistki Nicole Mitchell). Wszyscy Panowie reprezentują Chicago i można ich, rok w rok, jesienią posłuchać na poznańskim festiwalu "Made in Chicago". Tymczasem znienacka pojawia się okazja by wysłuchać ich w innych okolicznościach przyrody. Ceny biletów od 15 do 40 złotych. Polecam!
Idę za ciosem – kolejny HPS. Wracam do klasycznych źródeł sampli – soulu i funku lat siedemdziesiątych - oraz łączę dwa wątki wcześniej poruszone. Co ten bełkot ma znaczyć? Ano to. W 1970 roku Isaac Hayes – który już raz pojawił się w moim cyklu – stworzył singiel „The look of love” (płyta „…To be continued”), będący jego adaptacją przeboju Burta Bucharacha (kolejną z resztą – Hayes lubił korzystać z jego dorobku). Co prawda jest to utwór miłosny, ale na próżno szukać w nim jakiejś intymności, atmosfery randki w jakieś małej restauracji czy, nie daj Boże, uroku cichej serenady na gitarze. „The look of love” to raczej strzał Amora-artylerzysty o muskularnym ramieniu z różowej „Grubej Berty” w serce wielkości Pałacu Kultury. Strzał, którego huk niesie się po górskiej dolinie, dzwoniąc w uszach dłuuugo po wystrzale. Aranżacja Hayes to erotyczny monument w podniosłym nastroju – wsłuchajcie się w tą orkiestrę – podobnym li tylko hymnom państwowym…albo innym kiczowatym soulowym utworkom o miłości sprzed trzydziestu lub czterdziestu lat. Jakbym niegdyś odniósł sukces jako południowomazowicki separatysta i, jako przywódca Republiki Warcholskiej ze stolicą w Radomiu, stanął przed dylematem powierzenia komuś misji skomponowania hymnu to z pewnością powierzyłbym ją tylko wskrzeszonemu z martwych Isaacowi Hayesowi. No, ewentualnie mógłbym się dogadać z duetem Włodzimierz Korcz-Edyta Górniak – ona z pewnością mogłaby wysmażyć coś równie podniosłego, tak jak w Korei osiem lat temu, a on - no cóż – liczyłbym na jego przypływ geniuszu. Ach…porzucam te jakże kuszące sny o potędze by zakończyć rozważania o „The look of love” stwierdzeniem, że utwór ten, tak jak prawie każdy stworzony przez Hayesa, był bardzo często „przycinany”, wzdłuż i wszerz, przez producenckie empecetki (i ich nobliwe poprzedniczki) do potrzeb rap-muzyki. Od razu zastrzegam, że nie będę wymieniał wszystkich bitmejkerów, którzy to uczynili. Skupię się tylko na kilku kawałkach, w których fragmenty omawianego przeboju sam namierzyłem. Na pierwszy ogień idzie legendarny marsylski zespół IAM. Sampel z Hayesa pojawił się na ich drugiej płycie, „…De la planete de Mars” z 1991 roku, w utworze nr 4, czyli „Tam-tam de l’Afrique”. Bit jest dziełem całego zespołu, a za perkusje odpowiadają Imhotep i Shurik’n. Ten ostatni jest tutaj również jedynym rapującym – bardzo agresywnie i rewolucyjnie z resztą, jak to często miało miejsce w epoce „starej szkoły”. „Tam-tam…” wyróżnia się na tle całego krążka swoją ponadczasowością. Da się go słuchać i dziś, podczas gdy większość kawałków z „…De la…” „trąci myszką”. Ale to ma swój urok. Szczególnie jeśli ma się oryginalną okładkę ze zdjęciem grupy: sześciu facetów w garniturach, z fryzurami jak Spike Lee w „Do the right Thing” (Akhenaton nawet w białym golfie z krzyżem na piersiach), stoi i zimnym wzrokiem patrzy się w obiektyw (Shurik’n spode łba – à la Kaszpirowski). Za nimi rozpościera się panorama starego portu w Marsylii…Do tego wewnątrz okładki można znaleźć ich teksty, jakby ktoś nie zrozumiał ich dykcji, i…słowniczek wyrażeń slangowych. Gdzie się podziały takie staroświeckie wydania? Aha, oprócz próbki z „The look of love” użyto tu również sampla z utworu „Pastime paradise” Steve’ego Wondera – na pewno skądinąd go znacie…
Kolejnym bitmejkerem stosującym rzeczoną próbkę był MC Eiht w utworze „Niggaz strugglin’” swojej formacji Compton’s Most Wanted (CMW). Możecie go znaleźć na ich płycie „Music to driveby”z 1992 roku. Jest to całkiem ciekawy kawałek, choć nie umywa się do tego co w owym czasie w LA robił Dre i DJ Yella.
Następnym kawałkiem w którym można znaleźć próbkę z hitu Hayesa jest „Neva go back” Special Eda, z płyty „Revalations” z 1995 roku. Producentem utworu jest Howie Tee, związany przez lata nie tylko z Edem, ale również z Chubb Rockiem (walnie przyczynił się do budowy wielkich karier obu panów). „Neva go back” można nazwać ostatnim wielkim dokonaniem jednego Królów Oldskulu. Później Special Ed stał się cieniem samego siebie… i to już gdy miał 22 lata…
Ostatnio wpadły mi w ucho dwa starocie. Pierwszy to "Old man" z płyty braci Mussard "La garde" (Faf la Rage i Shurik'n). Drugi to coś ze "złotych lat" Madliba - kawałek "Roll'em right" z debiutanckiego albumu Declaime'a "Illmindmuzik". Sprawdźcie!
Dzisiaj samplowa historia będzie krótka. Krótka, ponieważ nie przepadam za raegge, a taką właśnie muzykę wykonują moi dzisiejsi bohaterowie – zespół Steel Pulse. Powstał on w Handsworth, dzielnicy Birmingham, w 1975 roku. Założyli go synowie imigrantów z Indii Zachodnich, przede wszystkim pochodzących z ojczyzny reggae – Jamajki. Liderem bandu jest wokalista, gitarzysta i kompozytor David Hinds – jedyny, oprócz Selwyna „Bumbo” Browna, członek formacji, który pozostał z jej pierwszego składu. Dziś odmłodzony Steel Pulse nie zwalnia tempa – dużo koncertują, nagrywają i nadal są doceniani. W 2004 roku byli nominowani do nagrody Grammy (była to ich czwarta nominacja). Jedyny raz udało im się ją zdobyć w 1985 roku, za album „Babylon the bandit”. Wtedy też usłyszał o nich cały świat. Lecz to nie koniec ich sukcesów. W 1993 roku wystąpili na inauguracyjnym przyjęciu Billa Clintona – byli jedynym zespołem reggae, który wystąpił kiedykolwiek na tej imprezie. Zastanawia mnie tylko czy nie czuli się wtedy jakoś wewnętrznie sprzeczni. Przecież Clinton, choć palił gandzie, to jednak się nią „nie zaciągał”, a poza tym stał na czele „bandyckiego Babylonu”. Może wierzyli, że pod wodzą chłopaka Arkansas „Babylon” stanie się „bandytą o dobrym sercu”? Co na to ojcowie założyciele ruchu Rasta? Porzucam te rozważania by przejść do sedna. W 1984 roku, pięknym roku moich urodzin, Steel Pulse nagrał album „Earth Crisis”. Płyta ta, oprócz wspaniałej, politycznie zaangażowanej okładki w której centrum dominuje postać Jana Pawła II, zawiera utwór „Bodyguard”. W rzeczonym utworze całkowicie przypadkowo znalazłem źródło sampla wykorzystanego przez A-Plusa (oczywiście z Hieroglyphics) i Stic. Mana (Dead Prez). Za długo się go nie naszukałem, bo znalazłem go już w przygrywce.
Pierwszym, który użył tej próbki był A-Plus – czołowy producent super-drużyny z Oakland, autor podkładu do mojego ulubionego utworu rapowego „You never knew” – w bicie do kawałka „Family and friends” na składankę Hiero „The building”. Przerobił ją skracając, dynamizując i dodając gustowne ozdobniki. Jego robotę podkręcił jeszcze Pep Love dodając bardzo dobry tekst, a dosłodziła go Goapele, wspaniała wokalistka, której uroda to jeden z najdoskonalszych przykładów zdolności Boga do tworzenia Czystego Piękna (Sprawdźcie jej zdjęcia, to zrozumiecie moją egzaltację). Przyznacie, że efekt ich współpracy jest doskonały. Hiero górą!
Gorzej poszło Stic. Manowi z Dead Prez, który ten sam sampel użył w podkładzie do kawałka „Like a window” (z płyty „Can’t sell dope forever” nagranego wspólnie przez Dead Prez i Outlawz). On po prostu tą przygrywkę ciut skrócił i zaloopował. Poszedł po najmniejszej linii oporu, ale mimo to nie zmarnował jej potencjału. Nawet ten męski wokal tego nie zepsuł. Steel Pulse – chapeau bas!
Ostatnio przeszukując dorobek Quincy Jonesa i recenzje jego płyt (których nagrał naprawdę sporo) natknąłem się na interesującą płytkę – „Walking in space”. Album pochodził z „przejściowego” 1969 roku, po którym zapanowało fusion, jazz-rock i jazz-funk. Charakterystyczne dla tego czasu, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, były płyty big bandowe z nieśmiało wkraczającym funkowym groove’em jak „Detroit” Yusefa Lateefa oraz „Fat Albert rotunda” Hancocka. Jednak Jones na „Walking in space” pozostał na pozycjach konserwatywnych, w bebopowej stylistyce. I całkiem nieźle mu to wyszło. Piszę „nieźle”, a nie „dobrze”, ponieważ niestety zaprosił do współpracy również „podnucjące” trzy panny, które czynią relaksujące utwory sennymi. Mnie to troszkę irytuje. Szczególnie w kawałku „Killer Joe”, skomponowanym przez saksofonistę Benny’ego Golsona. Mimo to należy do najlepszych na krążku. Melodia łatwo wpada w ucho i masuje zmęczoną mózgownicę, czyż nie? Co ważne, wśród muzyków znajdują się same sławy tamtych lat, między innymi Hubert Laws na flecie, J. J. Johnsona na puzonie, Freddie Hubbard na trąbce i Ray Brown na basie. A i najważniejsze - właśnie w tym utworze znalazłem sampel fletu z „dęciakami” (od 40 do 47 sekundy), który użył J.Rawls w produkcji bitu do singla „Word Famous” (więcej tutaj).
Wracam po ponad miesięcznej nieobecności. Boże Narodzenie i karnawał wpłynęły negatywnie na moją aktywność blogerską, za co przepraszam grono stałych obserwatorów. Mea culpa. Postaram się nadrobić te zaległości. Dzisiaj ponownie sięgnę do muzyki z lat siedemdziesiątych, z tą różnicą, że bohater będzie mniej znany niż Bobby Hutcherson i Diana Ross. Odsłaniam kurtynę – będzie nim David „Fathead” Newman. Newman urodził się w 1933 roku w Teksasie. Swoją ksywę zawdzięcza nauczycielowi muzyki ze szkoły średniej, który bił go po głowie linijką i wyzywał od „zakutych łbów” („fathead”), gdy zauważył, że młody David nie umie czytać nut. Swoje muzyczne wykształcenie odebrał w Dallas – uczył się gry na flecie i saksofonie (oprócz niego w tym mieście dorastało dwoje innych znakomitych flecistów jazzowych – Bobbi Humphrey i James Clay). Co ciekawe, równolegle ze studiami muzycznymi zgłębiał wiedzę teologiczną. Niemniej jednak, w jego późniejszym życiu artystycznym ślady odniesień do Boga możemy odnaleźć li tylko w tytułach piosenek, na przykład „Precious Lord”. Newman do „świętych” nie należał – wciągnął swojego najlepszego kumpla, z pierwszego zespołu w jakim grał na początku lat pięćdziesiątych, w narkotyki. Tym kumplem był Ray Charles. Później, gdy Ray rozpoczął solową karierę, wziął „Fatheada” do swojego zespołu i uczynił pierwszym saksofonistą. Ich współpraca układała się wspaniale aż do 1966 roku. Wtedy to Newmana postanowił zagrać w bandzie flecisty i saksofonisty Herbie’go Manna. W następnych latach nagrywał i koncertował z takimi gwiazdami jak Aretha Franklin, Joe Cocker, B. B. King czy Natalie Cole. W międzyczasie, w 1959 roku, za namową Raya Charlesa, rozpoczął swoją solową karierę, która jednak zawsze pozostawała na uboczu jego działań jako muzyk sesyjny. Początkowo grał klasyczny, bebopowy jazz. Później, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, porwała go moda na jazz-funk. Z tego właśnie okresu twórczości Newmana pochodzi płyta „Lonely avenue”. W składzie nagrywającym tę płytę znalazł się wibrafonista Roy Ayers (udziela się także na pianinie), będący w przededniu swoich „złotych czasów”, i to on miał być drugim, po liderze solistą. Album otwiera wesoły, typowo funkowy, utwór „Fuzz”, w którym wszyscy muzycy poza liderem, łącznie z Ayersem, tworzą bogate, wielopłaszczyznowe tło dla popisu „Fatheada” na flecie. Ledwo wkręcimy się w niemal dyskotekowy klimat i…następuje radykalna zmiana. Newmana i jego team serwują nam klasyczną bluesową balladę „Precious Lord”. Lider daje nam tym razem popis gry na saksofonie – i znów jest to coś pięknego. Robi się słodziutko i lirycznie. Zaczyna się „Symphonette”. Flet jest równie liryczny i gładzi ucho, ale sekcja gra rytm typowo miejski. W sekcji kumuluje się czysty funk – idealna kombinacja twardego basu, pulsującej perkusji i pianina wzbogacającego poszczególne akcenty. Wszystko to piano, by nie przyćmić subtelności kunsztu gwiazdorów. Do tego Roy Ayers gra solo równie łagodne jak Newman. Słowem, to mój hit tygodnia i zarazem źródło sampla, którego użył J-Love i aż dwukrotnie Domino – ale o tym później. Wróćmy do dzieła Newmana. Następny utwór, „Lonely avenue”, to kolejna bluesowa ballada, klasyczna do bólu. Niemniej jednak warto zwrócić uwagę na gitarową solówkę Cornella Dupree. Kolejny, „3/4 of the time”, to jazzowa balladka w stylu lat sześćdziesiątych. Kojarzy mi się z utworkami jakie pojawiają w gangsterskich filmach Jean-Pierre’a Melville’a, gdy główny twardziel wchodzi do paryskiego nocnego klubu, a na scenie leniwie gra murzyński kwintet. W powietrzu wisi papierosowy dym, który przeszywają wzrokiem samotne, luksusowe kurwy wpatrując się pozornie zimnym, ale zaciekawionym, wzrokiem w naszego bohatera palącego przy barze szluga…Z resztą sami zobaczcie chociażby „Samuraja” – polecam. Kończąc dygresję, ostatni utwór, „Fire weaver”, to już typowy funk bez zbędnej liryki. Czysta wielkomiejska nuta. Podobny w klimacie do pierwszego utwóru, z tą różnicą, że tutaj Newmana daje popis gry na saksofonie. Podsumowując, świetna płyta. Stanowczo nie zgadzam się z recenzentem z „All music”, który napisał, że „sekcja rytmiczna jest przerośnięta”, a po przesłuchaniu całego albumu „nic nie zostaje w pamięci”. Dla mnie ta wielopłaszczyznowa sekcja to sam cymes „Lonely avenue”, a w pamięci na zawsze zostaje co najmniej główny motyw z „Symphonette”. Niestety, David Newman zmarł rok temu.
A oto efekty moich samplowych poszukiwań. Pierwszym producentem, który użył sampla z „Symphonette” był etatowy bitmejker Hieroglyphics Dominic „Domino” Siguenza. Zastosował go dwukrotnie. Raz do kawałka Casuala „Fear no evil” (można go znaleźć na „Hiero oldies vol. 2”)…
…a następnie w „What a way to go out” z albumu „93 till infinity” Souls of Mischief w 1993 roku. Nie zdziwiłbym się, gdyby zrobił dwa biciki tego samego dnia. Choć przyznacie, że pociął sampel na tyle umiejętnie, że trudno wyczuć ich wspólne pochodzenie.
Później fragment „Symphonette” wykorzystał również J-Love do stworzenia podkładu dla Large Professora. Chodzi mi o „Kool” z płyty „1st class” z 2002 roku. Wydaje mi się, że J-Love poszedł na łatwiznę. Po prostu wzmocnił rytmiczne akcenty i podbił bas. I Tyle. Ale liczy się efekt, a ten jest doskonały.
Zachęcam do zdobycia wszystkich omawianych powyżej płyt. Naprawdę warto je mieć.
W pewien zimowy wieczór przeglądałem moją płytotekę. Szukałem jakiegoś jazzu służącego za podkład do przygotowania ciepłej kolacji. Kolejno odrzucałem „Maiden Voyage” Herbie’go, trójpak Cannonballa Adderleya, Shortera, Trane’a Hubbarda...Wszystkie te tytuły znałem już dobrze i lubiłem, ale zupełnie nie miałem na nie nastroju, aż wreszcie...moim oczom ukazał się album „San Francisco” Bobby’ego Hutchersona. Nada się – pomyślałem, po czym umieściłem ją w odtwarzaczu. Po chwili z głośników popłynęły dźwięki utworu „Goin’ down South”. Jakże wyborne to dokonanie! Bobby na marimbie i Harold Land na saksofonie dają w nim popis swojej improwizatorskiej wirtuozerii, podczas gdy ich sekcja utrzymuje wciąż funkowy groove (ach, jak ja niecierpie anglicyzmów, ale są takie sytuacje, w których są one nie do uniknięcia...). Nie sposób się przy tym nie zrelaksować. Może więc dlatego Geoff Wilkinson z US 3 użył sampla z tego utworu w kawałku „Lazy Day” na niezapomnianej „Hand on the torch”? Zapewne tak. Po łatwym i przyjemnym, przyszedł jednak czas na utwór trudniejszy, a konkretnie na „Prints tie”. Słuchając go, ma się wrażenie, że perkusista (Micky Roker; współpracownik, m. in, Hancocka) oraz basista (John Williams) próbują nas zahipnotyzować swą rytmiczną mantrą podczas, gdy Hutcherson, Land i Joe Sample (elektryczne pianino; członek The Jazz Crusaders) próbują delikatnie naszkicować nam na karcie podświadomości tajemnicę bytu, sekret istnienia lub nawet wiadomość z innej galaktyki (wyręczają przy tym San-Ra). Około piątej minuty, gdy Hutcherson prowadził muzyczny dialog z pianinem Sample’a, usłyszałem parosekundowy fragment, który gdzieś już słyszałem. Tylko gdzie?...Gdzie? Gdzie? Gdzie? – pytałem sam siebie, mrucząc pod nosem. Przerwałem kuchenną pracę. Nóż opadł bezwładnie w hałdkę pokrojonej cebuli. Popatrzyłem na komputer. Potem w sufit. I nie zdążyłem się srogo zamyślić, a już znalazłem odpowiedź. Ów kawałek namierzyłem na Youtube’ie i uzyskałem potwierdzenie swoich przypuszczeń – „Prints tie” zsamplował twórca bitu do piosnki „Paris sous les bombes” Supreme NTM z płyty o tym samym tytule. A kto był tym producentem? Nie kto inny jak Lucien M'Baidem. Ten sam Lucien, który był wyszydzany w kawałku „Lucky of Lucien” na debiutanckiej płycie A Tribe Called Quest. Tenże skromny artysta pochodzi z południowych rubieży Paryża. Pod koniec lat osiemdziesiątych wyemigrował do Nowego Yorku by poznać tajniki nowoczesnego bitemejkerstwa. W „stolicy rapu” szybko zyskał uznanie. Został członkiem kolektywu Native Tongues (do którego należeli, m. in., Jungle Brothers i A Tribe Called Quest) i produkował nawet dla Beatnutsów. Obecnie robi muzykę do cyklu króciutkich komediowych kreskówek „Les Lascars” (u nas znanych pod tytułem „Ziomek”). Wracając do „Paris sous les bombes”, to opowiada on o jednym z pól hiphopowej aktywności uprawianych przez Kool Shena i Joey Starra (tworzących duet NTM) – graffiti. Posłuchajcie go – nawet jak nie znacie francuskiego to flow obu panów z Saint Denis i mroczny bit wystarczą by się nim zachwycić. Choćby chwilowo. Polecam zarówno płytkę Supreme NTM, jak i „San Francisco” Hutchersona.
Pamiętajcie również o rapowej karykaturze Luciena!
Przesłuchajcie i zobaczcie – proszę – dwa teledyski z najnowszego albumu Abstract Rude’a „Rejuvenation”. Co prawda płyta ukazała się już w maju ale…mi się to podoba …i tyle. Nie będę silił się na żadną obszerna recenzję, tym bardziej, że wreszcie muszę napisać coś dużego o „Montezuma’s Revenge” Souls of Mischief, których tak na mej witrynie promowałem. Pozdrawiam!
Czas na kolejny odcinek z cyklu HPS. Już piąty. Znów jego bohaterami będą Wayne Shorter, Joe Zawinul oraz ich współpracownicy z Weather Report. Tym razem omawiany niżej sampel pochodzi z utworu „Young and fine” znajdującego się na ich ósmym albumie studyjnym pt. „Mr. Gone” z 1978 roku. Płyta ta nie spotkała się z aprobatą muzycznych krytyków – magazyn „Down Beat” przyznał jej jedną gwiazdkę na pięć (sic!), co rzadko zdarzało się w dziejach tegoż periodyku. Napisano, że Weather Report zrobili dla jazzu lat siedemdziesiątych to, co Paul Whiteman (lider big bandu; zarzucano mu wrugowanie z jazzu improwizacji na rzecz drobiazgowo skomponowanych utworów - WR) w latach dwudziestych – „przenieśli awangardowy jazz z małych klubów do wielkich sal koncertowych, kaptując miliony ludzi do grona wielbicieli tego gatunku”. „Sprawili, że kontrowersyjna muzyka odniosła komercyjny sukces” – komplementował ich recenzent „DB”. „Niestety” – kontynuował – „tak jak Whiteman, Weather Report przekomponowali swoje utwory”. „Jeśli band Whiteman tworzył gorącą jazzową sacharynę, to Weather Report sprawili, że ich eksperymentalne brzmienie smakowało jak naszprycowane chemią warzywo” – mocnymi słowami kończył recenzję. W odpowiedzi Zawinul powiedział w jednym z wywiadów, że „każdy kto daje tej płycie jedną gwiazdkę musi być szaleńcem”. Wsparli go również fani, którzy zasypywali redakcję magazynu listami w obronie wartości muzycznej „Mr. Gone”. Co więcej, sztuka obroniła się sama, bo album szybko uzyskał status „złotej płyty”. Pomimo tego, moje spojrzenie na ten album bliższe jest optyce „Down Beat’u”. Po przyjściu Jacko Pastoriousa i paru innych roszadach w składzie, Weather Report był coraz bardziej dominowany kompozycyjnie przez Zawinula, który lubował się w syntetycznym brzmieniu piskliwych syntezatorów. Jeśli na „Heavy Weather”, albumie poprzedzającym „Mr. Gone”, aranże i muzyczne wizje trzech kompozytorów zespołu brzmiały harmonijnie, to już rok później, jak ślicznie napisał „DB”, przekomponowali. Zabrnęli w syntetyczną słodycz ze słabo wyczuwalnym rytmem. Można rzec o tej płycie, parafrazując wyświechtany aforyzm Woltera, że eksperymenty Weather Report były wrogami ich starych, dobrych płyt. Moją opinię wesprę plikiem dźwiękowym z utworem „Young and fine” zaaranżowanym i skomponowanym przez Joe Zawiunula, a wykonanym (oprócz wymienionego już klawiszowca) przez: Wayne'a Shortera (saksofon tenorowy), Steve’a Gadda (perkusja), Petera Erskine’a (hi-hat) i Jacko Pastoriusa (bas).
Na koniec można powiedzieć jedną pozytywną rzecz o „Mr. Gone” – jest to bezcenna skarbnica sampli i unikalnych dźwięków, które były, są i będą używane. A oto dokonania niektórych rap producentów, którzy je zastosowali. Pierwszymi, którzy zsamplowali „Young and fine” byli Tribe Called Quest. Zdobytą próbkę użyli w produkcji kawałka „Butter” na płytę „The Low End Theory” i, jak zwykle, zrobili to lepiej niż inni.
Drugim prezentowanym twórcą, który skorzystał tegoż utworu Weather Report był Dj Jazzy Jeff. Jego elementy można znaleźć w otwierającym album „The magnificent” (rocznik 2002) tracku pt. „Da Ntro”. Zwracam uwagę na gościnny występ Baby Blaka – doskonałego rapera o charakterystycznym głosie – który od 2003 roku nie wydał nowej solowej płyt. A powinien, bo „Once you go blak”, jego debiut, był naprawdę fenomenalny.
Trzeci kawałek powstały na motywie z „Young and fine” to „Dirty Dick”, który można usłyszeć na solowym albumie J.Sandsa „The Breaks vol. 1”. Polecam go szczególnie tym, którzy znudzili się erotykami Petrarki i Byrona. Ten utwór jest nie tylko hymnem pochwalnym na cześć dynamicznie rozkwitającego uczucia w epoce megaprocesorów i GPSu, ale również poruszającym sumienie męskim moralitetem higienicznym. Polecam resztę tej płyty każdemu wielbicielowi rapu.