sobota, 27 lutego 2010

Rob Mazurek Quintet w Polsce













W przyszły weekend odbędą się w Polsce trzy koncerty Rob Mazurek Quintet: w Warszawie w Powiększeniu (5 marca w piątek), w poznańskiej Estradzie (6 marca w sobotę) i we wrocławskim Ośrodku Postaw Twórczych (7 marca w niedzielę). Warto się na któryś z nich wybrać, ponieważ Mazurek to rzadki okaz muzyka awangardowego, którego awangardowość nie powoduje zszargania unerwienia i chęci ucieczki poza zasięg jego dźwięku. Wiem co mówię. Byłem na koncercie jego supergrupy Exploding Star Orchestra w łódzich Toya Studios i do dziś wspominam to jako przeżycie niemal mistyczne. Mazurek, grający na kornecie, wystąpi w towarzystwie Jasona Adasiewicza (genialny wibrafonista - polecam jego twórczość tym, którzy lubią awangardę lat sześcdziesiątych i Erica Dolphy'ego), John Herndon (perkusja), Matthew Lux (gitara basowa) i Josh Abrams (kontrabasista związany z arcyciekawą formacją Black Earth Ensamble znakomitej flecistki Nicole Mitchell). Wszyscy Panowie reprezentują Chicago i można ich, rok w rok, jesienią posłuchać na poznańskim festiwalu "Made in Chicago". Tymczasem znienacka pojawia się okazja by wysłuchać ich w innych okolicznościach przyrody. Ceny biletów od 15 do 40 złotych. Polecam!

http://www.robmazurek.com/

http://www.myspace.com/robmazurek

http://www.myspace.com/jasonadasiewicz

http://www.myspace.com/explodingstarorchestra

Więcej o koncertach tu.

piątek, 26 lutego 2010

Historia pewnego sampla IX

Idę za ciosem – kolejny HPS. Wracam do klasycznych źródeł sampli – soulu i funku lat siedemdziesiątych - oraz łączę dwa wątki wcześniej poruszone. Co ten bełkot ma znaczyć? Ano to. W 1970 roku Isaac Hayes – który już raz pojawił się w moim cyklu – stworzył singiel „The look of love” (płyta „…To be continued”), będący jego adaptacją przeboju Burta Bucharacha (kolejną z resztą – Hayes lubił korzystać z jego dorobku). Co prawda jest to utwór miłosny, ale na próżno szukać w nim jakiejś intymności, atmosfery randki w jakieś małej restauracji czy, nie daj Boże, uroku cichej serenady na gitarze. „The look of love” to raczej strzał Amora-artylerzysty o muskularnym ramieniu z różowej „Grubej Berty” w serce wielkości Pałacu Kultury. Strzał, którego huk niesie się po górskiej dolinie, dzwoniąc w uszach dłuuugo po wystrzale. Aranżacja Hayes to erotyczny monument w podniosłym nastroju – wsłuchajcie się w tą orkiestrę – podobnym li tylko hymnom państwowym…albo innym kiczowatym soulowym utworkom o miłości sprzed trzydziestu lub czterdziestu lat. Jakbym niegdyś odniósł sukces jako południowomazowicki separatysta i, jako przywódca Republiki Warcholskiej ze stolicą w Radomiu, stanął przed dylematem powierzenia komuś misji skomponowania hymnu to z pewnością powierzyłbym ją tylko wskrzeszonemu z martwych Isaacowi Hayesowi. No, ewentualnie mógłbym się dogadać z duetem Włodzimierz Korcz-Edyta Górniak – ona z pewnością mogłaby wysmażyć coś równie podniosłego, tak jak w Korei osiem lat temu, a on - no cóż – liczyłbym na jego przypływ geniuszu. Ach…porzucam te jakże kuszące sny o potędze by zakończyć rozważania o „The look of love” stwierdzeniem, że utwór ten, tak jak prawie każdy stworzony przez Hayesa, był bardzo często „przycinany”, wzdłuż i wszerz, przez producenckie empecetki (i ich nobliwe poprzedniczki) do potrzeb rap-muzyki. Od razu zastrzegam, że nie będę wymieniał wszystkich bitmejkerów, którzy to uczynili. Skupię się tylko na kilku kawałkach, w których fragmenty omawianego przeboju sam namierzyłem.

Na pierwszy ogień idzie legendarny marsylski zespół IAM. Sampel z Hayesa pojawił się na ich drugiej płycie, „…De la planete de Mars” z 1991 roku, w utworze nr 4, czyli „Tam-tam de l’Afrique”. Bit jest dziełem całego zespołu, a za perkusje odpowiadają Imhotep i Shurik’n. Ten ostatni jest tutaj również jedynym rapującym – bardzo agresywnie i rewolucyjnie z resztą, jak to często miało miejsce w epoce „starej szkoły”. „Tam-tam…” wyróżnia się na tle całego krążka swoją ponadczasowością. Da się go słuchać i dziś, podczas gdy większość kawałków z „…De la…” „trąci myszką”. Ale to ma swój urok. Szczególnie jeśli ma się oryginalną okładkę ze zdjęciem grupy: sześciu facetów w garniturach, z fryzurami jak Spike Lee w „Do the right Thing” (Akhenaton nawet w białym golfie z krzyżem na piersiach), stoi i zimnym wzrokiem patrzy się w obiektyw (Shurik’n spode łba – à la Kaszpirowski). Za nimi rozpościera się panorama starego portu w Marsylii…Do tego wewnątrz okładki można znaleźć ich teksty, jakby ktoś nie zrozumiał ich dykcji, i…słowniczek wyrażeń slangowych. Gdzie się podziały takie staroświeckie wydania? Aha, oprócz próbki z „The look of love” użyto tu również sampla z utworu „Pastime paradise” Steve’ego Wondera – na pewno skądinąd go znacie…


Kolejnym bitmejkerem stosującym rzeczoną próbkę był MC Eiht w utworze „Niggaz strugglin’” swojej formacji Compton’s Most Wanted (CMW). Możecie go znaleźć na ich płycie „Music to driveby”z 1992 roku. Jest to całkiem ciekawy kawałek, choć nie umywa się do tego co w owym czasie w LA robił Dre i DJ Yella.

Następnym kawałkiem w którym można znaleźć próbkę z hitu Hayesa jest „Neva go back” Special Eda, z płyty „Revalations” z 1995 roku. Producentem utworu jest Howie Tee, związany przez lata nie tylko z Edem, ale również z Chubb Rockiem (walnie przyczynił się do budowy wielkich karier obu panów). „Neva go back” można nazwać ostatnim wielkim dokonaniem jednego Królów Oldskulu. Później Special Ed stał się cieniem samego siebie… i to już gdy miał 22 lata…


Na koniec Steve zagra „Pastime paradise”...

czwartek, 25 lutego 2010

Dwa starocie

Ostatnio wpadły mi w ucho dwa starocie. Pierwszy to "Old man" z płyty braci Mussard "La garde" (Faf la Rage i Shurik'n). Drugi to coś ze "złotych lat" Madliba - kawałek "Roll'em right" z debiutanckiego albumu Declaime'a "Illmindmuzik". Sprawdźcie!


wtorek, 23 lutego 2010

Historia pewnego sampla VIII

Dzisiaj samplowa historia będzie krótka. Krótka, ponieważ nie przepadam za raegge, a taką właśnie muzykę wykonują moi dzisiejsi bohaterowie – zespół Steel Pulse. Powstał on w Handsworth, dzielnicy Birmingham, w 1975 roku. Założyli go synowie imigrantów z Indii Zachodnich, przede wszystkim pochodzących z ojczyzny reggae – Jamajki. Liderem bandu jest wokalista, gitarzysta i kompozytor David Hinds – jedyny, oprócz Selwyna „Bumbo” Browna, członek formacji, który pozostał z jej pierwszego składu. Dziś odmłodzony Steel Pulse nie zwalnia tempa – dużo koncertują, nagrywają i nadal są doceniani. W 2004 roku byli nominowani do nagrody Grammy (była to ich czwarta nominacja). Jedyny raz udało im się ją zdobyć w 1985 roku, za album „Babylon the bandit”. Wtedy też usłyszał o nich cały świat. Lecz to nie koniec ich sukcesów. W 1993 roku wystąpili na inauguracyjnym przyjęciu Billa Clintona – byli jedynym zespołem reggae, który wystąpił kiedykolwiek na tej imprezie. Zastanawia mnie tylko czy nie czuli się wtedy jakoś wewnętrznie sprzeczni. Przecież Clinton, choć palił gandzie, to jednak się nią „nie zaciągał”, a poza tym stał na czele „bandyckiego Babylonu”. Może wierzyli, że pod wodzą chłopaka Arkansas „Babylon” stanie się „bandytą o dobrym sercu”? Co na to ojcowie założyciele ruchu Rasta? Porzucam te rozważania by przejść do sedna. W 1984 roku, pięknym roku moich urodzin, Steel Pulse nagrał album „Earth Crisis”. Płyta ta, oprócz wspaniałej, politycznie zaangażowanej okładki w której centrum dominuje postać Jana Pawła II, zawiera utwór „Bodyguard”. W rzeczonym utworze całkowicie przypadkowo znalazłem źródło sampla wykorzystanego przez A-Plusa (oczywiście z Hieroglyphics) i Stic. Mana (Dead Prez). Za długo się go nie naszukałem, bo znalazłem go już w przygrywce.

Pierwszym, który użył tej próbki był A-Plus – czołowy producent super-drużyny z Oakland, autor podkładu do mojego ulubionego utworu rapowego „You never knew” – w bicie do kawałka „Family and friends” na składankę Hiero „The building”. Przerobił ją skracając, dynamizując i dodając gustowne ozdobniki. Jego robotę podkręcił jeszcze Pep Love dodając bardzo dobry tekst, a dosłodziła go Goapele, wspaniała wokalistka, której uroda to jeden z najdoskonalszych przykładów zdolności Boga do tworzenia Czystego Piękna (Sprawdźcie jej zdjęcia, to zrozumiecie moją egzaltację). Przyznacie, że efekt ich współpracy jest doskonały. Hiero górą!


Gorzej poszło Stic. Manowi z Dead Prez, który ten sam sampel użył w podkładzie do kawałka „Like a window” (z płyty „Can’t sell dope forever” nagranego wspólnie przez Dead Prez i Outlawz). On po prostu tą przygrywkę ciut skrócił i zaloopował. Poszedł po najmniejszej linii oporu, ale mimo to nie zmarnował jej potencjału. Nawet ten męski wokal tego nie zepsuł. Steel Pulse – chapeau bas!

czwartek, 4 lutego 2010

Przypadkowo znaleziony sampel J. Rawlsa

Ostatnio przeszukując dorobek Quincy Jonesa i recenzje jego płyt (których nagrał naprawdę sporo) natknąłem się na interesującą płytkę – „Walking in space”. Album pochodził z „przejściowego” 1969 roku, po którym zapanowało fusion, jazz-rock i jazz-funk. Charakterystyczne dla tego czasu, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, były płyty big bandowe z nieśmiało wkraczającym funkowym groove’em jak „Detroit” Yusefa Lateefa oraz „Fat Albert rotunda” Hancocka. Jednak Jones na „Walking in space” pozostał na pozycjach konserwatywnych, w bebopowej stylistyce. I całkiem nieźle mu to wyszło. Piszę „nieźle”, a nie „dobrze”, ponieważ niestety zaprosił do współpracy również „podnucjące” trzy panny, które czynią relaksujące utwory sennymi. Mnie to troszkę irytuje. Szczególnie w kawałku „Killer Joe”, skomponowanym przez saksofonistę Benny’ego Golsona. Mimo to należy do najlepszych na krążku. Melodia łatwo wpada w ucho i masuje zmęczoną mózgownicę, czyż nie? Co ważne, wśród muzyków znajdują się same sławy tamtych lat, między innymi Hubert Laws na flecie, J. J. Johnsona na puzonie, Freddie Hubbard na trąbce i Ray Brown na basie. A i najważniejsze - właśnie w tym utworze znalazłem sampel fletu z „dęciakami” (od 40 do 47 sekundy), który użył J.Rawls w produkcji bitu do singla „Word Famous” (więcej tutaj).